11 czerwca 2011

O tym, że zażenowanam. Dwukrotnie jednego dnia.

Snułam się powoli między półkami. Przerzucałam drewniane puzzle, oglądałam czapeczki
w paseczki, bez przekonania podnosiłam i odkładałam na miejsce różnej maści zabawki edukacyjne. - Pffff, nic nie ma, nic nie ma - myślałam. Ale się nie poddawałam, bo od kilku dni odczuwałam potrzebę, świerzbiącą wręcz, żeby kupić coś Ewulczicie. Tymczasem powłóczyłam nogami po całkiem sporym sklepie z asortymentem z dzieckiem w opisie.
I wzdychałam.



Może bączek? No przecież! Metalowy, prosty, pięknie się kręcący! Zdaje się, że były w tamtej alejce... Są! Eeee... Plastikowe brzydoty made in China: kolory nijakie, wyblakłe, a i wykonanie raczej nie do przyjęcia. Ot i cały wybór - ręce opadają. Szukam dalej. To może... Piłka dmuchana! Tak! Jakaś w groszki, albo paseczki kolorowe, albo jednokolorowa! Przy wejściu są akcesoria na lato - pędzę do półki. I znowu rozczarowanie. Mam do wyboru różową piłkę z księżniczkami lub czerwoną w auta. Całość oczywiście nawiązuje do motywów znanych z telewizyjnych bajek. Nic tu po mnie, poddaję się. Biorę z półki cienkie skarpetki w paseczki i niesłodzony sok w kartoniku (Ewka odkryła fascynujący świat picia przez słomkę). Szuram nogami w kierunku kasy, ubolewając, że powszechnie dostępne akcesoria dla dzieci mają takie kulawe wzornictwo (czy raczej w ogóle go nie mają), a z kolei te, które swoim designem powalają mnie na kolana, zazwyczaj nie pozwalają podnieść się z klęczek przy rubryce cena. A gdzie złoty środek? - pytam.

I wydawać by się mogło, że oto clou tej notatki, prawda? Że rzecz tylko/aż o tym, że rzeczy dla dzieci w większości są brzydkie. Nic bardziej mylnego. W tym momencie ma miejsce PERYPETIA i oto następuje szybki zwrot akcji. [(a czytelnicy zamierają w pół oddechu) można tak?]

Tuż przed kasą dostałam cycem po pysku. No niemalże. No dobra nie dostałam, no! Po prostu zobaczyłam kobietę, która paradowała środkiem sklepu - zręcznie mijając całkiem spore grupy ludzi - z wyjętym na wierzch sukienki biustem (sztuk: 1) i uczepionym do niego ssakiem. I niechże na mnie spadną gromy, ale poczułam się, jakbym zobaczyła nagiego faceta na parkingu (tego co poły płaszcza uchyla i co za tym idzie rąbka tajemnicy). I z całym szacunkiem dla piękna kobiety karmiącej, cudu natury, niekwestionowanych zalet karmienia piersią i tak dalej. Ja to wszystko wiem. Ale nie chcę na to patrzeć. Ot, po prostu myślę, że to bardzo intymna sytuacja i że jeśli zachodzi potrzeba nakarmienia potomka w jakimś mniej zacisznym niż dom miejscu, to można to zrobić dyskretniej (pomocna bywa zwykła pieluszka tetrowa lub chociaż nie paradowanie z dzieckiem podczas karmienia). Oczywiście biorę pod uwagę to, że to ja jestem dziwakiem, a cała reszta świata zleciałaby się do tego cudu natury z okrzykiem: - Ojeeeej, jakie to słodkieeeee, jakie rozkoszneeee. CIUM CIUM.