10 lutego 2016

Nie pytajcie

 

Nie pytajcie mnie, jaką książkę kupić dla pięciolatki, sześciolatka czy roczniaka. Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Wiele razy zdarzało mi się odpowiedzieć na takie zapytanie, próbować coś doradzić, zawsze z dużym dyskomfortem. Kilka razy zapewne zostawiłam mail z zapytaniem bez odpowiedzi, bo - muszę zdementować plotki - moja doba wcale nie ma 30 godzin. Ma tyle samo, co Wasza. Muszę w niej zmieścić wszystko. Niespodzianka! :) Blog to nie moja praca, nie mam na niego pół etatu. Ba, nawet 1/8 etatu nie mam na blogowanie. Ale to nie jest najważniejsze. Chodzi mi o to, że kupowanie książki na prezent to nie jest pójście na łatwiznę. Nie jest tak, że "skoro nie wiem co kupić, to kupię książkę!". To duża odpowiedzialność i nie ma jednego wzorca - nie każda pięciolatka polubi Basię lub zakocha się w ekipie z pewnej kliniki. Nie wszystkie dzieci przekonają się do książek Mizielińskich. Nie każde będzie widziało sens w zwiedzaniu ulicy Czereśniowej. Po prostu. Nie znam tych dzieci, o które pytacie. Nie wiem, co u nich na półce. Co lubią? Czy rodzice im czytają? Kto dobiera dla nich lektury i w jaki sposób? I wreszcie - JAKI chcecie kupić im prezent? Czy chcecie, żeby oczy zaświeciły im od razu po rozerwaniu papieru? To musicie znać ich aktualne zainteresowania. Nie łudzić się, że to co było rok temu, trwa nadal. Zaktualizować dane. Czy zależy Wam, żeby rodzice obdarowywanego byli szczęśliwi? Pewnie kupicie coś edukacyjnego. Możecie poszperać, znaleźć książki, które prócz ciekawie podanej wiedzy, są atrakcyjnie wydane, świetnie zilustrowane, ładne po prostu. No tak. Ale co to znaczy ładne? Ilu ludzi, tyle definicji. Czy to ma być książka do nauki samodzielnego czytania? A może już coś dłuższego, "na zaś"? Nie wiem. Wiecie? Znacie to dziecko? To Wasze czy znajomych? Może traficie, może nie. Ja też nie zawsze trafiam. Ale szukam, rozglądam się, przyglądam się ilustracjom, zaglądam między okładki. Wchodzę do księgarń, preferując te mniejsze, z charyzmatycznymi sprzedawcami, z ciekawą zawartością półek. Kartkuję, podczytuję, obserwuję, co przyciąga wzrok dzieci. I zawsze, zawsze kupując książkę denerwuję się, czy się spodoba. W okresie wczesnoszkolnym dostałam od koleżanek kilka książek, nie mam pewności, ale wydaje mi się, że nigdy nie wybierały ich same. Żadnej z nich nie miałam ochoty czytać, żadnej nie skończyłam. One były takie... za poważne, za ambitne. Wiecie o czym mówię? W ogóle mnie nie zaciekawiły! Całe szczęście w bibliotece wybierałam książki, które mnie interesowały i czytałam. Ewa w bibliotece sięga po książki, których nigdy bym nie kupiła. Pewnie nawet bym ich nie wzięła do ręki. To bardziej ulotki reklamowe opakowane w twarde okładki. Nie zabraniam, nie panikuję, choć tłumaczę, że ciężko nam się czyta te książki, że są według nas źle napisane (czy one mają w ogóle autora? czy tylko zespół z działu marketingu?). I wypożyczam na moje konto kilka innych tytułów. A jak już są w domu... To ona chce je też przeczytać. Czy to jest jakiś sposób na to, by miała otwarte oczy na różnego rodzaju książki? Nie wiem. Nie pytajcie mnie, jaką książkę kupić dla pięciolatki, sześciolatka czy roczniaka. Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Czuję się wtedy jak sprzedawca bielizny, który dostał jeden parametr i właściwie niewiele może zrobić. Jaka jest szansa, że bielizna, którą sprzeda będzie idealnie pasować? Bardzo mała. A Wy? Jak u Was z kupowaniem książek na prezent? Macie swoje patenty?

PS Zdjęcie z września 2013 roku. Nadal bardzo lubi książki Tulleta.