10 lutego 2011

O tym, że każę córce iść do diabła

Tramaluch ma diabła. Diabeł pierwotnie był czarnym i włochatym stworem przyczepionym do czerwonej gumki. Miał oczka, nosek, a jego zad wydawał dziwne dźwięki przy potrząsaniu. Z biegiem czasu mechanizm z diabła wyleciał (ktoś mu pomógł), nosek się odkleił, oczko (temu misiu), drugie oczko i na końcu czerwona gumka. Zostało włochate coś. Włochata szmatka. Tramaluch i tak kocha swojego diabła, aportuje go i czeka, aż znowu mu rzucę.


A dziecko... Dziecko naśladuje :) I teraz codziennie rzucam diabłem z jednego końca mieszkania na drugi. Najpierw z szałem w oczach biegnie Tramal, tuż za nim z okrzykiem bojowym podąża Ewulczita. Tramal tuż przy diable, czując oddech łysolki na włochatym karku, traci rezon i puszcza panią przodem. Ta w dzikim galopie dopada diabła i...

No tu muszę zazwyczaj interweniować. Bo ona tego diabła pragnie zjeść. Zatem dopadam diabła pierwsza i rzucam (hen) daleko [krzycząc: - Ewka, idź do diabła!]. Najpierw z szałem w oczach biegnie Tramal...

:)

Uczę się tak rozstawiać sprzęty po pokoju, żeby przewidzieć wszelkie możliwe ewkowe kontuzje. Coś przesuwam, coś zasłaniam, kombinuję. Od kiedy zaczęła raczkować wszędzie jej pełno, choć część jej ruchów jest przewidywalna. Komórki, pilot, aparat - wiadomo. Jest przyciąganie. Kable. Wszelkie kable, za które można pociągnąć. Kot. Miska kota. Kot prócz galopu w jego stronę powoduje emitowanie radosnych okrzyków :)