25 lipca 2014

47 Hello



Dorodna rzodkiewka. Choć premierowo był raczej gigantyczną śliwką węgierką. Bardzo nie chciał wychodzić, oj bardzo. Swoje niezadowolenie obwieścił światu głośnym płaczem, a jego broda - drgająca podczas fali rozpaczy - zrobiła furorę na porodówce. Może nie rozpaczy... Gniewu bardziej! Że ktoś coś, że źle, nie tak, że głodny! Rzodkiewka musi jeść. NATYCHMIAST. Taki to awanturnik. I Pan Fałdziszon. Wielbiciel bliskości, jedzenia i drzemek. Czyli dla świata - zupełnie zwykły noworodek. Dla nas cudo. Młodszy brat. Nasz syn. Wojtek.



PS Dziękujemy za wszystkie gratulacje i powitalne prezenty! :)

Blogger Tricks

18 lipca 2014

14 12xCZERWIEC III

Nie ma co się oszukiwać. W tym roku czerwiec, w porównaniu do wersji 2012 KLIK lub 2013 KLIK wypada raczej skromnie, ale... Raz, że przedszkole "zabrało" trochę kadrów, dwa - sporo zdjęć zostało już opublikowanych, trzy - byłam już bardzo pękata, co oznacza sporo mniej siły na szalone eskapady :) I tak było fajnie i różnorodnie. I różowo. Również na paznokciach :)













PS Tak, ten wpis był zaplanowany. SAM się opublikował. Aktualnie jestem off-line. Nie odpowiadam na e-maile, pewnie również na wiadomości sms. Dam znać, jak się ogarniemy :) 

16 lipca 2014

10 Przygoda z Europą


Już od dłuższej chwili wiedzieliśmy, że lipiec przyniesie nam sporo adrenaliny i zmian. Nie przypuszczaliśmy jednak, że - prócz króla lipcowych emocji - przeżyć dostarczy nam również królowa! Pewnego dnia oznajmiła, że ona chce jechać do babci. Że babcia ma po nią przyjechać pociągiem. I pojadą razem. Bez rodziców. Termin porodu zbliżał się nieubłaganie, a ja się miotałam... Kuć żelazo, póki gorące czy oszczędzić sobie nerwów? 



Och, zapewne dla sporej części z Was żaden to wyczyn, dla nas jednak - duże wydarzenie. Do tej pory Ewa zawsze chciała mieć asystę rodzica, a jeden krótki wyjazd, podczas którego została sama z dziadkami skończył się tym, że zaczęła bardziej mnie pilnować, przez tydzień była płaczliwa, miała kiepskie noce... No zrobiła wtedy krok do tyłu, niestety. To był falstart. Tym razem było inaczej. Mimo że już pierwszego dnia zaliczyła skok na nos. Na posadzkę balkonową... Wyjazd był jej decyzją, wszystko odbyło się według jej planu. Została tydzień! Wróciła zadowolona. I chyba bardziej ja nalegałam na jej powrót, niż ona się o to prosiła. Choć pierwsze oznaki tęsknoty już przejawiała :)



Ups, tam miała być flaga Polski i Włoch...

Pierwszy cel podróży i od razu rozmach - Niemcy, Berlin. W tle Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej i sami-wiecie-jaki-ich-wynik. - Niemiec, Niemiec! - wołała podczas rozgrywek Ewa. Wcześniej chciała kibicować Polsce, ale jakoś nie miała okazji. Ciekawe dlaczego? ;) W przerwach między dopingowaniem - zjadła mnóstwo lodów, odwiedziła wiele placów zabaw, jeździła swoim ulubionym piętrowym autobusem, metrem,  jadła śniadania na balkonie, kłóciła się z dziadkiem i ustawiała babcię... 



Na jej powrót czekaliśmy my, czekał też zeszyt kreatywny Przygoda z Europą od ZUZU TOYS. Kartonowa wieża Eiffla zawisła na jej regale, Mona Lisa w wersji blond przybrała różowe wdzianko, naklejki poszły w ruch. Kto wie, jakie jeszcze przygody czekają na Ewkę w te wakacje... 



PS Całe szczęście, że dziadek dokumentował wakacyjne przygody Ewy! Mamy pamiątkę! :)


14 lipca 2014

14 Polowanie w bibliotece - KRECIK I MAMA ZAJĄCZKÓW












Szaruś i Szarusia. Najpierw trochę przekomarzania się, zalotów, perypetie sercowe. Później ślub. I ta budząca kontrowersje część - tak się przytulali, że aż Szarusia w ciążę zaszła ;) (w dzieciństwie miałam książeczkę o tym, skąd się biorą dzieci - było trochę anatomii, ale podczas aktu seksualnego, ilustracją było zbliżenie na wzór na kołdrze :)). Jej brzuch rósł i w końcu przyszedł dzień, w którym wyskoczyła z niego trójka zajęczych dzieci. No dobra, Krecik trochę pomagał... Mam słabość do tych ilustracji. I bardzo lubię to, jak pokazany jest poród. Akuratnie. Ewka nie zadawała dodatkowych pytań, ale wie, jaką drogą musi przebyć dziecko, żeby opuścić brzuch. W bibliotece musiałam dwa razy prosić o przedłużenie wypożyczenia tej książki, tak jej się spodobała. Bajkę zresztą też widziała :) Znacie? Lubicie czy jesteście zniesmaczeni? ;)


Krecik i mama zajączków, Milek Zdenek, Doskocilova Hana, Wydawnictwo Grafag

12 lipca 2014

35 WSTĘP


Na liczniku 41 tygodni i 3 dni ciąży. Piątek. Rano nie jestem pewna, czy to sączą się wody płodowe, czy wszystko dobrze, jestem niespokojna. Chyba nie chcę czekać do poniedziałku. Spokojnie dopakowuję brakujące rzeczy do torby i jedziemy. Bolesne badanie, dodatkowe USG, które wprowadza zamęt w temacie wielkości dziecka. Lekarz się waha. - Wszystko w porządku, ale skoro już pani jest - położymy panią na oddziale - mówi. Wypełniam ankietę, podpisuję masę papierów, dostaję łóżko na patologii ciąży. I obiad. Bo zrobiła się 13.00. To ponad cztery lata temu było. W moim brzuchu siedziała Ewka, która w ogóle nie spieszyła się z wyjściem.
Na łóżkach obok wciąż zmieniały się pacjentki. Często były przyjmowane na kilka godzin, na obserwację, najwięcej było tych, u których za wcześnie zaczęły się skurcze. O ironio! Ja czekałam na choć jeden, one błagały, by się skończyły, bo to nie jest dobry czas... Po kilku godzinach były wypisywane i odsyłane do domu z receptą. Miałam szczęście. Ominęły mnie dramaty, ciężkie przypadki, morza łez. Sympatyczne rozmowy, bardzo wiele bardzo różnych nawoływań: - Ewka! Wychodź! Minęła sobota, minęła niedziela... Całymi dniami, z przerwami na lekki sen, posiłki i badania - chodziłam. Po schodach, po korytarzach, po szpitalnym spacerniaku. Snułam się wte i wewte. Szczególnie drogę do kawiarni sobie upodobałam. Tam były lody na patyku ;) Pielęgniarki, położne, pacjentki z innych sal... - Ewka! Wychodź! A ona nic.
Zapis KTG. Czynność serca Ewy - w normie, czynność skurczowa macicy - żadna. Płaski jak stół wykres. - O, o! Niech pani zobaczy, coś tu drgnęło! - pokazywałam pielęgniarce płaski wykres z jednym malutkim ząbkiem. A ona śmiała się w głos jeszcze na korytarzu. Skończył się weekend, wrócił ordynator. Wszedł do sali, zmarszczył czoło na mój widok: - Jeszcze pani nie urodziła. No to dzisiaj pani urodzi - powiedział i wyszedł. Trochę się pomylił. Nie urodziłam w poniedziałek. Od trzech godzin i trzynastu minut był wtorek. 41+6 tc.


Nie wiem, jak to jest, jak gwałtownie odchodzą wody. Nie wiem, jak czeka się w domu, liczy skurcze, i zastanawia, czy już pora do szpitala. Ja tam byłam. Nic nie zaczęło się "samo". Przy Ewce. Wszystko wskazuje na to, że i z Wojtek nie chce opuszczać swojego M1. A już powoli pora... Czyżby znowu wywoływanie? To może, jak już jestem "na ostatnich nogach", macie ochotę powspominać, jak to się zaczęło u Was? Pędziłyście do szpitala? Wody odeszły Wam w tramwaju? Podczas jakiej czynności zaczęły się Wam regularne skurcze? Nie zmuszam, nie wyciągam na siłę intymnych szczegółów, ale może macie ochotę opisać Wasz WSTĘP do porodu? ;)