20 stycznia 2015

16 Pół roku (i zupa zimna)


Miast trenować obroty (jakiekolwiek), pisze doktorat ze zdejmowania skarpet. Tak długo klaszcze stopami, aż osiągnie sukces i radośnie się oślini. Ale żeby nie było - obrócił się. Z brzucha na plecy. Cztery razy. Mam na to świadków! Dwa obroty, kilkudniowy odpoczynek, dwa obroty. Może w przyszłym tygodniu znowu mi będzie dane zobaczyć te jego szalone akrobacje? Można pomyśleć, że łatwo nie jest, bo jest co dźwigać (dane sprzed tygodnia - 7490), ale technika, technika, głupcze! No jeszcze jej nie opanował...


Opanował za to chwyt zwisów skórnych matki (także tych na twarzy), włosów i ubrania. A ja nie do końca opanowałam perfekcyjne obcinanie jego paznokci. Zatem wyobraźcie sobie, jakie miewam wzorki na facjacie - nie są to tygrysie pasy czy gepardzie cętki, ale widać, że mam do czynienia z drapieżcą.



Z Ewą było tak, że po prostu otwierała buzię. Marcheweczka? Proszę bardzo. Ziemniaczek. Ależ oczywiście. Dynia? Dlaczego nie? Tymczasem Wojtek... Cały się trzęsie! Ręce wyciąga, przyciąga do siebie łyżkę, wsadza ją sobie w nos, w policzek, z rozmachem rozmazuje jedzenie po całej twarzy. Niecierpliwi się, skrzeczy, wymaga. Prawdziwa eksplozja CHCENIA. Tu, teraz, natychmiast.
Nadal przede wszystkim jest mlekożercą, ale ziemniakiem, marchewką, dynią czy pasternakiem nie pogardzi. Ależ przygoda! To rozszerzanie diety! I w ogóle - drugie dziecko. Mniej stresu, więcej czystej frajdy. To przy trzecim to chyba sama zabawa zostaje, prawda? ;) 




Przedwczoraj nie mogłam zasnąć. Tak jak pół roku temu. Wtedy wiedziałam, że rano zabierają mnie na porodówkę. PÓŁ ROKU TEMU. Dziś śniło mi się, że ten mały bezzębny człowiek spojrzał na mnie, tak całkiem przytomnie, zamrugał i wycedził dziąsełkami: - Zupa zimna, cienki lód. Droga Kasiu (czyż nie tak zaczynały się listy pisane do "Bravo Girl" czy innego "Naj"?), cóż to może znaczyć?



PS Przygodę z rozszerzaniem diety ubarwia nam plujący marchewką Wojtek i zielony komplet: miseczka + łyżeczka (śliniak z rynienką czeka na bardziej "siedzące" czasy) BEABA (do kupienia między innymi tu KLIK). Pięknie nam ubarwia. Jak tylko Wojciech zrobi zoom i ciekawskim oczkiem wyłuska, że trzymam zieloną miseczkę... Uruchamia trzepotanie. Wszystkimi kończynami :) Dziękujemy!

Blogger Tricks

17 stycznia 2015

14 Odświeżamy kanon lektur


Widzę to tak – szara koperta, nadawca: Minister Edukacji Narodowej, w środku lista lektur obowiązkowych dla uczniów szkół podstawowych. Przy jednym tytule dopisek – tłustym drukiem, na czerwono, z wykrzyknikiem – Zadać lekturę tuż przed wakacjami!



Kot kameleon zaczyna się opisem dramatu, który spotyka pewną dziewczynkę – Natalię. Sprawa jest poważna. Natalia jedzie na trzy dni do babci. Babci, u której nie ma żadnych dzieci, z którymi można się bawić, która nie ma telewizora i mieszka na wsi, z dala od wszelkich pociągających dziewczynkę atrakcji typu kino czy kawiarnia. Na dodatek babcia Aniela ma kota, który otwarcie manifestuje swoją niechęć do dziewczynki. Mało tego! Tuż po przyjeździe na miejsce okazuje się, że zamiast torby z konsolą, zabawkami, grami i książkami, dziewczynka ma torbę zapakowaną rzeczami swojego taty. Dramat! Natalię ogarnia rozpacz. Czarna. Adekwatna do rozmiaru tragedii.

   



A przecież u babci Anieli niewiele czasu jest na łzy z powodu braku zabawek czy plamy na bluzce. Bo jest tajemniczy strych wypełniony kapeluszami, kolorowe szkiełko ze starej witrażowej lampy, kot Blekot, który wcale nie jest taki nieprzyjazny, jak się wydawało, stare zdjęcia, które same się nie poukładają, pyszna jajecznica i aromatyczne kakao i wiele, wiele innych zajęć dla małej dziewczynki i jej babci.



To wspaniała, ciepła opowieść o codziennej magii, jaką jest siła wyobraźni. Ale też o miłości, tęsknocie, rodzinie, przyjaciołach... Lektura dzięki której wraca się myślami do bliskich nam osób, których już z nami nie ma. Książka wypełniona zapachami i smakami dzieciństwa, a także mieniącymi się w słońcu drobinkami kurzu, która swoją siłę zawdzięcza nie tylko tekstowi, ale i (jak zwykle świetnym) ilustracjom Emilii Dziubak.



Poręczny format, twarda okładka, duża, czytelna czcionka – jeśli nawet Kot kameleon nie stanie się szkolną lekturą, warto przed wyjazdem wrzucić go do dziecięcej torby z zabawkami, które zabieramy ze sobą. Albo wziąć na wakacje zamiast tej torby... I pojechać odwiedzić babcię.

Kot kameleon, tekst: Joanna Wachowiak, ilustracje: Emilia Dziubak
Wydawnictwo BIS KLIK

Recenzję napisałam na konkurs ogłoszony przez RYMS KLIK. Redakcja poprosiła czytelników o propozycje książek, które mogłyby trafić do kanonu lektur. Udało mi się wygrać jedną z nagród (jeszcze nie wiem, jaka książka do mnie trafi :))! Cieszę się bardzo :) Szczególnie, że szczerze polecam lekturę książki Kot kameleon... Tekst recenzji po raz pierwszy ukazał się TU KLIK.

PS Ilustracje z książki (zdjęcie 5 i 6) pochodzą z bloga Emilii Dziubak KLIK Jest tam ich więcej! Prawdziwa gratka dla fanów jej twórczości :)

11 stycznia 2015

42 Kuchenne rewolucje


Nie jestem jakoś specjalnie odważna. W kuchni. Raczej nie improwizuję - trzymam się przepisu, skrupulatnie odmierzam, pilnuję proporcji, sprawdzam listę składników i żałuję, że w książkach kucharskich czy na blogach kulinarnych nie ma zdjęć surowego ciasta. Nigdy nie mam pewności... Czy to tak miało wyglądać? Czy to się upiecze? Czy to normalne?




Mam zeszyt, do którego przepisuję sprawdzone już przeze mnie przepisy. Przed wypróbowaniem nowego - długo zbieram się na odwagę. Jeśli robię ciasto, to musi być coś prostego. Nie dla mnie wieloetapowe przygotowania, różnorodne warstwy, skomplikowane przepisy. Szczególnie, że powierzchni roboczej to ja mam w kuchni z 60 cm... I jaki ja bałagan robię, kiedy gotuję lub piekę! WSZYSTKIE łyżki mam brudne :) Większość miseczek. Blat, kuchenka, zlew - parada naczyń. Kuchenny karnawał. Tłoczno tam bardzo.



Jak mi coś posmakuje, pytam o przepis. Dużo pytam. Dostaję wysypki, kiedy słyszę o proporcjach na oko. Normalnie alergię mam na taką odpowiedź! ;) I który to rok już tłumaczę mamie, żeby mi nie opowiadała przepisów? Że ja nie zapamiętam, muszę mieć zapisany, bo inaczej nie skorzystam...
Dlatego u mnie proste ciasteczka, ciasta, które robi się w jednej misce, muffiny.



A Ewa? No ona chce wsypywać składniki, mieszać, ugniatać, wycinać i DEKOROWAĆ (wyjadając lukier, posypki, czekoladę...). Garnie się do tego, jak chyba większość dzieci. Ona się garnie, ja po cichu cierpię :) Raz - sama nie jestem zbyt pewna siebie w kuchni i dodatkowe zadanie, którym jest nadzór nad szaloną czterolatką podnosi mi ciśnienie. Ciastka się przypalają. Ona wycina. Wiecie jak, prawda? Na rozwałkowanym placku ciasta przykłada foremkę na samym środku. Na nic moje tłumaczenia, że lepiej przy krawędzi, żeby się więcej zmieściło. Wałkuję przez to kilkanaście razy to samo ciasto. To, które powinno być schłodzone, bo ciepłe lepi się do wałka, rąk, blatu (gdzie miałabym trzymać stolnicę!?)... 




À propos ciasta - temat ugniatania. Czytam u doświadczonych blogerek kulinarnych, że ciasto kruche to trzeba wyrabiać krótko i szybko. Tymczasem... Jakże przyjemna jest zabawa ciastem! Liczę do 10. Do 100. Ona wyrabia... Wyrabia. Wałkuje. Wycina. Dekoruje. Ja przypalam. Się uśmiecham, choć trochę tik nerwowy mam. I szczękościsk. Dobrze, że wszystko mija przy konsumpcji naszych wypieków... Czy bardzo jestem złą matką, że czasem wolę coś upiec, kiedy jej nie ma? Albo kiedy z kuchni zadaję niewystarczająco głośno pytania: - Piekę ciasteczka? Chcesz piec ze mną? - licząc, że nie usłyszy? :D Jakie jest Wasze pieczenie z dziećmi? 



PS Forma na muffiny, papierowe papilotki, stempel (moje pierwsze doświadczenia!) i foremki to prezent od sklepu Mein Cupcake KLIK. Nie wiem, skąd wiedzieli, że - prócz książek i akcesoriów papierniczych - najbardziej kręcą mnie formy KLIK i foremki do wycinania KLIK. No uwielbiam! Mimo mojego schorzenia... Pokraczność kuchenna to się chyba nazywa, ta choroba ;)

5 stycznia 2015

63 Różnice (KONKURS!)


Bobasy. Różowe ubranka. Niebieskie porteczki. Kolczyki. Długie włosy. Krótka fryzurka. Łyse jak kolano. Z jednej matrycy. Tylko ubranko, nakrycie głowy, akcesoria - czasem subtelnie dają znać, jakiej płci jest lalka dziecka. Po rozebraniu takiej... Płeć może być tylko domniemana. Chłopiec to? A może dziewczynka?



A tyle można zdziałać rezygnując z tej jednej matrycy! Pokazać, jak pięknie się między sobą różnimy. Nie kolorem ubranka. Nie tylko tym. I nie tylko płcią. Kolorem skóry, włosami, kształtem oczu... A idąc dalej - krajem, z którego pochodzimy, językiem, jakim się posługujemy, światopoglądem... Można wyliczać w nieskończoność.



Poznajcie Truskawkę (nie ja wybierałam to imię ;)), ta urocza Hiszpanka trafiła do nas ze sklepu Nie wierzę w bociana, w asortymencie którego znaleźć można także Europejkę, Afroamerykankę i Azjatkę. I ich kolegów, rzecz jasna. I inne zabawki i literaturę wspomagające rozwój psychoseksualny dzieci młodszych i starszych. Bo właśnie tym lalki Miniland różnią się od większości lalek-bobasów - tym, że mają zaznaczone drugorzędne cechy płciowe (czyli charakterystyczne dla określonej płci narządy zewnętrzne). Truskawka to dziewczynka. Nie mamy żadnych wątpliwości. Szczególnie, kiedy zdejmiemy jej bieliznę... Ale tego na zdjęciu nie będzie, nie będziemy Truskawki zawstydzać! Szanujemy ją.



- Mamo, ona pachnie jak rurki! Jak słodkie rurki! - powiedziała Ewa. Widać jadła rurki waniliowe, bo te wyprodukowane w Hiszpanii lalki pachną wanilią... MNIAM! Jeśli i Wy lubicie takie słodkie aromaty i innowacyjne pomysły na naukę o różnicach - mam dla Was niespodziankę :) KONKURS! Zerknijcie na ofertę lalek Miniland - tu są dziewczynki KLIK, tu chłopcy KLIK - i nadajcie imię jednej z nich. W komentarzu pod tym postem napiszcie, której lalce i jakie imię nadaliście :) Czas start! Macie czas do 18 stycznia 2015 r. (23.59). Ekipa sklepu Nie wierzę w bociana wraz z drużyną O tym, że... wybierze jedno imię, a jego autor otrzyma chłopca z kolekcji lalek anatomicznych Miniland. Jeśli macie konto na FB - polubcie profil sklepu KLIK. Szczegóły konkursu znajdziecie w regulaminie KLIK. Powodzenia!


ROZWIĄZANIE KONKURSU!

Tylko tyle powiem - bardzo się cieszę, że odpowiedzialność za wybór zwycięskiej odpowiedzi nie ciążył tylko na mnie... :) A lalka trafi do:

Proszę o e-mail z adresem i numerem telefonu! Czekam do końca tygodnia :)


31 grudnia 2014

12 Wybór Ewy


Zrobiłyśmy z Ewką przegląd (jak przystało na koniec roku) książek, które pokazałam na blogu. - Która książka była dla Ciebie najważniejsza? Którą zapamiętałaś najbardziej i lubisz do niej wracać? - dopytywałam zaciekawiona. I nie mogłam doczekać się jej odpowiedzi! A ona myślała... Myślała... (umyłam naczynia). Myślała... (odkurzyłam). Aż w końcu energicznie (jak to ona) stuknęła palcem w monitor. Raz. I drugi raz. Dwa odciski na monitorze. Jej wybór to Pieniek otwiera muzeum i seria Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai. Do jej typów dorzucam swoje - budzące wspomnienia Skrytki oraz przesmaczną Kosmonautkę. Yyyyy... i pozostałe 41 książek :D I kilkadziesiąt innych, które czytałyśmy, ale nie dałam rady pokazać ich na blogu ;)

Wszystkiego Dobrego dla Was! 
Niech 2015 rok obfituje w cudowne chwile, dobrych ludzi i wyśmienite książki!