25 lutego 2015

14 (R)ewolucja. W kuchni.


Znowu wpis o kuchni! O kuchnia! Kto by pomyślał?! Że ja? Że o kuchni? Ponad osiem lat temu - kiedy pakowałam rzeczy do kilku toreb i wyprowadzałam się prawie 400 kilometrów od rodzinnego domu, żeby zamieszkać z M. - przyjaciółka dała mi kilka kartek związanych sznurkiem. A na nich przepisy... Całe szczęście nie chciała mnie obrazić i pominęła przepis na gotowane ziemniaki i jajko sadzone, ale uwierzcie mi - na tych kartkach były przepisy na naprawdę proste, niewyszukane potrawy. Na przykład na zapiekankę makaronową z pomidorowym sosem. Nie umiałam jej zrobić. Ale miałam ściągę :)



A potem, jakoś na urodziny, dostałam Kuchnię polską. Też od Agaty. I się zaczęło - z pewną taką nieśmiałością... Pierwsze gołąbki, pierogi, kopytka. Czasem wychodziło lepiej, często gorzej. Co ja się nawściekałam przy ugniataniu ciasta, które się lepiło. Albo było suche. Po prostu NIE TAK. Ciasta - zawsze tylko "jednomiskowe". Żadne tam warstwy, kremy, masy. Zmiksować, upiec, zjeść.




Minęło kilka lat. Wirtuozem nie zostałam. Ani garnka, ani patelni ;) Podstawy poznałam, czasem ośmieliłam się sięgnąć po przepis wymagający więcej pracy, ale... powiało nudą. Doszłam do etapu, że myślenie o tym, co będzie na obiad, planowanie, szykowanie - katorga. Kiedy przyjeżdżali rodzice, zawsze prosiłam o jedno - żeby obiad przywieźli. Kiedy intensywnie chorowaliśmy, kiedy byłam w połogu, bez okazji... Obiady od mamusi zawsze najlepsze. To się nie zmienia. Chociaż... Tata ostro goni mamę! A to niespodzianka! :)



Ale wracając do nudy w kuchni. Agata (po raz trzeci!) jakiś czas temu rzuciła przez telefon nazwę bloga JADŁONOMIA. Sprawdziłam. I "poznałam" Martę. Onieśmielające to wszystko dla mnie było. Te jarmuże, soczewice i cieciorki... Ale i ciekawe. Czytałam, w zakładkach lądowały linki i... nic się nie działo. Miałam chęć wypróbować kilka przepisów, ale na chęci się kończyło.



Gwiazdka 2014. Pod choinką prostokątny, spory prezent. Ciężki. Wiem, co to jest, bo poprosiłam Gwiazdora o Jadłonomię w wersji książkowej. Moja (r)ewolucja trwa. Stoję po kostki... w kuchni roślinnej, ale zamierzam wejść głębiej. Mam w domu lubczyk, cząber, wędzoną paprykę. Fasolę, soczewicę, groch, dużo czosnku i cebuli. UŻYWAM tego wszystkiego. Często. Zachwycam się pastami, zajadam buraczanym ciastem, zarażam tym zachwytem. Książkę przywiozłam do rodziców i wrócę już bez niej. Zamówię drugą! Raz - bo naprawdę mnie inspiruje, dwa - jest piękna. Trzy - oszałamiająco pachnie drukiem ;) Dzięki, Dziewczyny! Gdyby nie polecenie Agaty - nie wiem, kiedy bym trafiła na Jadłonomię, gdyby nie przepisy i fotografie Marty - w mojej kuchni nadal wiałoby nudą. I to nudą w wersji średnio zdrowej. Dzięki, Dziewczyny!




Jadłonomia, tekst i fotografie: Marta Dymek, Wydawnictwo Dwie Siostry KLIK

PS O mnie w kuchni pisałam też tu KLIK. I tu KLIK :)

Blogger Tricks

19 lutego 2015

46 Siedem

Minęło siedem miesięcy. A nasza drużyna codziennie trenuje... Od rana do nocy. Treningi, zgrupowania, wyjazdowe sparingi. Każdy bywa trenerem. Wszyscy gramy zespołowo. Krzyczymy, bywa że wrzeszczymy, płaczemy, przytulamy się, uśmiechamy się przez łzy. Bawimy się, śpiewamy, czytamy, utulamy, spacerujemy, wycieramy nos. Minęło siedem miesięcy, od kiedy jesteś w naszej ekipie...


Na rozgrzewkę mam bieg z dotykaniem parkietu. Naprzemiennie, raz z jednej strony, raz z drugiej. Bardzo teraz lubisz wypychać wszystkie zabawki, zrzucać je, patrzeć, jak lecą, wychylać się za nimi. Leżaczek nie jest już bezpiecznym miejscem. Patrzę, jak zaczynasz bujać się do przodu i do tyłu, by w końcu oprzeć się rączkami o podłogę. Twoja pozycja niebezpiecznie przypomina skakanie na główkę. Ale to nie basen, to podłoga, Synu.


Leżenie jest miłe, o ile nie trwa zbyt długo. No chyba, że ktoś z drużyny leży tuż obok i zabawki podaje. Z zabawek... Nic nowego - najbardziej lubisz: 1. telefon, 2. pilota, 3. kabel, jakikolwiek kabel. Choć inne grzechoczące lub dzwoniące cuda też obrzucasz łaskawym spojrzeniem. A jak jeszcze świecą...



Siedzenie przyjmujesz entuzjastycznie. Choć nie umiesz. Składasz się. Jak scyzoryk. Gibiesz się i padasz w losowo wybranym kierunku. Za każdym razem jesteś tak samo zaskoczony. Lubisz, oj lubisz świat z tej perspektywy. I kota, siostrę, resztę drużyny. Jeść też lubisz. Kiedy, w okolicach obiadu, budzisz się głodny i masz w zasięgu wzroku swoją zieloną miseczkę... Wszystko ci się uśmiecha! I wszystko się niecierpliwi ;)


Coraz lepiej śpisz w nocy. Ostatnio normą stało się zasypianie około 19.00 i niczym nieprzerwany sen do 6.00. Pewnie to się jeszcze sto razy zmieni, ale doceniam fakt, że jestem wyspana. Zazwyczaj. Jak zdrowi jesteśmy... W przeciwieństwie do siostry, polubiłeś śpiworek KLIK (pisałam o nim tu KLIK). To już ponad trzy miesiące! Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, kiedy śpiwór był w praniu i spałeś przykryty kocykiem. To były dużo słabsze noce. Dla Ciebie, dla nas...


Bezzębny uśmiech, pofałdowane rączki i nóżki, szalone dźwięki, które wydajesz - fajny jesteś! Łatwiej z Tobą. Nawet Ewka, kiedy rano jest NAPRAWDĘ naburmuszona - na Twój widok się uśmiecha. Wyobrażasz sobie? Że Ciebie z nami nie było? Kiedyś?






16 lutego 2015

5 Na tymiankowej łące i w oliwnym gaju

Trochę wiało i mieliśmy zmarznięte policzki. Niby świeciło słońce, ale bez rękawiczek i czapek się nie obeszło. Podczas niedzielnego spaceru. Ale wystarczyło trochę się schować, osłonić się od wiatru i wystawić twarz ku słońcu. I już. Już łatwiej było powędrować myślami na przykład do Palestyny... 



Poprzedniego dnia odwiedziła mnie bajarka Mirjam. Przyszła wieczorową porą, kiedy Ewa już spała. Pięknie opowiadała, ale jej historie były zbyt długie i trochę za trudne dla prawie pięciolatki. Dlatego słuchałam jej sama. Słuchałam, widziałam mnóstwo kolorów, czułam różne zapachy, odczuwałam radość, smutek, wzruszenie. Nie byłam sama na tymiankowej łące i w oliwnym gaju... 



Mahmud zrywał się o szóstej. O tej porze najlepiej jest podlewać ogród. (...)
Omar wstawał kwadrans przed ósmą. Wychodził z domu w krzywo pozapinanej koszuli. Żaden guzik nie znajdował się we właściwiej dziurce. (...)
Iman wstawała o siódmej. Czesała włosy i długo szczotkowała zęby. (...)
Jasmin wstawała wcześnie i szła przed szkołą do sklepiku na rynku, by przynieść zakupy. Babcia Jasmin była już stara i nie miała siły na dźwiganie ciężkich sprawunków. (...)
Najwcześniej wstawała mała Sana. Ona miała bardzo dużo porannych obowiązków. (...)
Ewa wstaje przed siódmą. Na "Dzień dobry" odpowiada: "Dobranoc!". Potem naburmuszona dodaje: "Sio, jeszcze śpię", ale później dostrzega zupełnie obudzonego brata i zaczyna się do niego uśmiechać, mrużąc bardzo jeszcze zaspane oczy. Ona tu, w Europie, w Polsce, one tam - w Palestynie. Niby za dwunastoma stromymi górami i dwunastoma rzekami, niby te dzieci zupełnie inne... Ale... Bo ja wiem? Może chwilę by się sobie przyglądały. Dotknęły włosów. Zdziwiły się jakąś odmiennością. Na moment. A później... Znalazłyby wspólny język - język zabawy. Mirjam też zna ten język, w końcu umiała "przeczytać" znalezioną przez dzieci książkę...  




Poznajcie opowieść o nieśmiałej żabie, przeczytajcie o kogucie, który uratował świat, niech was zaskoczy książę Ali, spotkajcie królową pszczół i Hasana, przymierzcie czerwone buciki. Dajcie się porwać opowieściom Mirjam, dołączcie do dzieci, które są wspaniałymi słuchaczami, ale i doskonałymi obserwatorami o ogromnych sercach. Niech Was te opowieści pocieszą, rozbawią, uleczą. Otwórzcie jedną szkatułkę, potem kolejną... Zastanówcie się chwilę. Przeczytajcie. Po prostu. Chyba inaczej Was zachęcić nie potrafię. Ja do Palestyny zamierzam wracać i nie mogę się doczekać, kiedy zabiorę tam Ewę.  




Opowieści spod oliwnego drzewa to druga książka z serii ½ +½=∞, czyli nieskończenie wiele spojrzeń na wielokulturowość (zawsze z jakimś polskim akcentem). O pierwszej pisałam tu KLIK. Niebawem ukaże się trzeci tom pod tytułem Bahar znaczy wiosna, dzięki któremu myślami będziemy mogli powędrować do Turcji. Ale jeszcze wcześniej będzie kontynuacja Kosmonautki (tu pisałam KLIK), którą bardzo lubię i za tekst, i za warstwę graficzną :) Już w marcu wypatrujcie Strażaczki!

Opowieści spod oliwnego drzewa, tekst: Aida Amer, ilustracje: Nežka Šatkov 
Wydawnictwo Poławiacze Pereł KLIK

PS Marpil też odwiedziła Palestynę. Przeczytajcie, co napisała o książce Opowieści spod oliwnego drzewa. Polecam! KLIK

11 lutego 2015

14 A w moim mieście jest inaczej

Marysia mieszka w Gdańsku. Niebawem cała jej rodzina przeprowadzi się do Belgii. Franek urodził się w Brukseli, chodzi do belgijskiej szkoły i ma polskich rodziców. Marysia i Franek poznali się kiedyś na wakacjach w Sopocie. Teraz odświeżają znajomość - korespondując. Rozmawiając listami. A w moim mieście jest inaczej... 




Dwie okładki, dwie strony tytułowe, brak grzbietu. Długa, naprawdę długa harmonijka - dwa metry książki! A to nie koniec możliwości czytania/oglądania A w moim mieście jest inaczej. Można zacząć od historii Marysi, można skupić się na Franku. Można również książkę rozłożyć w taki sposób, by czytać obie historie równolegle. Tylko trzeba mieć wystarczająco dużo miejsca...




Różne książki widziałam. Różne formaty, foliowania widoczne, gdy patrzy się pod światło, otwory, okienka, klapki... Cuda-wianki. Ale. Dawno nie widziałam książki, której forma idealnie współgrałaby z zawartością. Wszystko tu jest przemyślane, nie ma przypadkowości. Najpierw czytałam... chaotycznie, co rusz obracając książkę, by zachować chronologię korespondencji Marysi i Franka. Później rozłożyłam A w moim mieście jest inaczej w ogromny prostokąt i spędziłam długie minuty przyglądając się ilustracjom. A później znowu czytałam na wyrywki - przy okazji sporo się dowiadując o Belgii (listy od Marysi też są ciekawe, ale jednak bardziej zainteresowała mnie belgijska rzeczywistość). W listach Franka jest garść informacji między innymi o belgijskim szkolnictwie, ekologii, Manneken Pis, Atomium, Brocante, komiksach, frytkach z majonezem, gofrach i czekoladzie (rzecz jasna). I słowniczek z przydatnymi zwrotami też jest. Odnoszę wrażenie, że tam po prostu jest wszystko. Wszystko, co powinno być w takim starterze "na nową drogę życia" dziecka. Reszta wiedzy wszak przyjdzie z doświadczeniem. Podoba mi się. Ilustracje, kolorystyka i papier też. Nic nie poradzę... ;)





Emigracja, adaptacja i integracja to słowa klucze tego projektu. Ta publikacja ma charakter non-profit, a jej głównym celem jest ułatwienie procesu adaptacji małych Polaków rozpoczynających życie i edukację w Belgii. Autorkami projektu są: Agnieszka Gajewska, Justyna Kuklo i Małgorzata Marmurowicz, czyli grupa KIWI. Dzięki ich uprzejmości mam własny egzemplarz książki A w moim mieście jest inaczej. Dziękuję! :) Tu KLIK przeczytacie więcej o tym projekcie.





KIWI     WWW  //  BLOG  //  FB

9 lutego 2015

5 Chcieć to móc! Agata z NEONbubu


Jej mama pisze wiersze. Do szuflady. Ale Agata ma nadzieje, że kiedyś wyda je w tomiku. Brat jest fotografem. Ona też od zawsze COŚ robiła. - Jak nie jedno, to drugie. Minęło wiele, wiele lat zanim zrozumiałam, co chcę robić. Jak każde dziecko lubiłam rysować, ale przełomowym momentem było, kiedy moja babcia pokazała mi książkę z kolażami Wisławy Szymborskiej. Długo, długo robiłam kolaże. Później było szkło i witraże. Jeszcze później projektowanie ubrań i ręczne szycie z piżamy taty. Później fotografia i znów rysowanie – wspomina Agata, mama Antka i Vincentego, twórczyni marki NEONbubu i autorka bloga Antonówka & Vinylek.


Na ASP jednak nie poszła, bo... nie miała odwagi. - Poszłam na filologię polską i chciałam zostać pisarką... Pisałam opowiadania Toporowskie, do szuflady, a jakże! Później jednak wyemigrowałam i studiowałam grafikę – mówi Agata. Kilka lat temu, chwilę przed pierwszą ciążą, rozpoczęła historię BUBUdesign. Tworzyła grafiki, ilustracje i akcesoria. Po tym, jak na świecie pojawił się Antonówka, BUBUdesign przekształcił się w NEONbubu. - Zaczęłam kombinować z nadrukami, zdjęcie pierwszych grzybków wrzuciłam na FB, IG... Był wielki, pozytywny odzew. Można powiedzieć, że lud zadecydował... – śmieje się Agata.




Pierwsze grzybki pojawiły się na białym body, a potem zaczęły się rozmnażać i pojawiły się na czapkach, chustkach, spodniach, t-shirtach, spódnicach i bluzkach. Wskoczyły również na kocyk! I ja, Olga, zostałam matką chrzestną grzybowego kocyka. Kiedy Agata pytała na FB, gdzie widzielibyśmy te charakterystyczne grzyby, ja wyobraziłam je sobie na kocyku (a kocyk w wózku, a wózek w lesie ;)). I oto są. Na kocyku. I u nas w domu sezon na grzyby trwa teraz cały rok :)




 - Grzyby to dla mnie duża rzecz. To wspomnienia rodzinnego grzybobrania. Wspomnienie dzieciństwa. Zarówno pod względem smaku, zapachu, jak i całego przeżycia i euforii przy ich znajdywaniu. Pyszne są, ale przede wszystkim PIĘKNE. I bardzo fotogeniczne. Dlatego to one pojawiły się jako mój znak rozpoznawczy – tłumaczy Agata z NEONbubu. Natura, a szczególnie tematyka leśna była obecna już we wcześniejszych projektach Agaty. Inspirują ją biologiczne ilustracje roślin, najchętniej takie, jak w starych przewodnikach po lesie. Ale nie ogranicza się tylko do takich motywów. 



Dlaczego NEONbubu? - BUBU to postać z anime Dragon Ball, którą znam jeszcze z czasów podstawówki. To był różowy stwór, który latał. Wyglądał jak chmurka, bądź balonowa guma do żucia. W czasach, kiedy BUBU miało być kolebką grafiki i ilustracji, nazwa ta wydawała mi się idealna. Niestety, kiedy zakładałam bloga, była już zajęta. Po kombinowaniu, dodawaniu członów i neologizmach, przystałam na NEONbubu. I tak zostało – opowiada Agata. Chciałaby zmienić pasję w biznes, ale choć nieźle jej idzie, na razie nie może zająć się tylko własną marką. - Wszystko robię sama. Projektuję, robię wykroje, szyję i drukuję. Jeśli teściowa jest w odwiedzinach, to i ona jest zaangażowana. Wciąż przede wszystkim jestem jednak mamą dwójki dzieci, mam też stałą pracę na pół etatu, a także freelancersko zajmuję się ilustracją. Własne rzeczy na razie robię tylko na zamówienie przez Etsy (KLIK) – mówi. 





Jej dzieci są pierwszymi testerami jej ubrań i dodatków. Prócz rzeczy NEONbubu chłopaki noszą również ubrania innych projektantów. – Uwielbiam Zezuzullę i Miszkomaszko. Uważam, że trzeba wspierać lokalne talenty, więc regularnie u nich zamawiam. Dziewczyny są świetne! Lubię też Kukukid Brand, That Way Shop z polskiej branży odzieżowej. Z zagranicznych: Izzy & Ferd, Indikidual czy mniej znane Vivie & Ash. Etsy ma pełno świetnych dizajnerów, tę ostatnią markę odkryłam buszując tam – opowiada Agata. Pewnie pooglądałaby więcej propozycji ciekawych projektantów, ale musi wracać do swoich wzorów. Po grzybach na ubraniach i akcesoriach rozgoszczą się filodendrony...