19 czerwca 2016

1 Halo Poznań! Dzieje się :)

Czerwiec, początek lipca - boję się podnosić głowę podczas spaceru. Uważnie spojrzeć w stronę billboardów czy słupów z afiszami wydarzeń kulturalnych. URODZAJ. Mówię Wam, strach się bać. Patrzę na ten mój biedy kalendarz, cały popisany kolorowymi cienkopisami i zastanawiam się, jak połączyć ten nasz rodzinny mikrokosmos (zakończenie przedszkola! logopeda! mechanik! urodziny koleżanki Ewy!) z poznańskim makrokosmosem (trzy duże imprezy, już zaraz-teraz!).
  • 17-28 czerwca 2016, Plac Wolności, Wolno dzieciom na Malcie. "Program Wolno Dzieciom na Malcie po raz trzeci zaprasza na plac Wolności, tym razem zgłębiając paradoks widza z perspektywy dziecka. Codziennie od 11:00 do 19:00, dla dzieci i ich opiekunów, czynna będzie przestrzeń pełna wielozmysłowych zabaw i opowieści nie z tej ziemi, pod opieką animatorów". Duuużo bezpłatnych wydarzeń, czasami obowiązują zapisy, innym razem po prostu można przyjść i skorzystać. Znamy z ubiegłego roku, znamy sprzed dwóch lat. Lubimy! Wydarzenie na FB KLIK
  • 28 czerwca-3 lipca 2016, Scena Wspólna, 10. (!) Międzynarodowy Festiwal Sztuki dla Najnajmłodszych SZTUKA SZUKA MALUCHA. Zachęcałam w ubiegłym roku, zachęcałam wcześniej. Dzieciaki pod pachę i idźcie! Jeśli bilety dostaniecie, bo pula się kurczy, oj kurczy się... Zgapiłam się i na LABirynt już nie pójdę, ani na warsztaty Po ciemku, po światło. Zgadnijcie, czy zła jestem z tego powodu... Bardzo! Ale moja wina, mojego urlopu wina. Trudno. Biorę to na klatę. Tu znajdziecie cały program i linki do biletów KLIK. Wydarzenie dla dzieci w wieku od zera do pięciu lat i ich opiekunów (ale i tak wezmę Ewkę, na koncert ją wezmę :)). Wydarzenie na FB KLIK
  • 8-14 lipca 2016, Animator. 9. Międzynarodowy Festiwal Filmów Animowanych. Szczególny zoom na: "Specjalny program dla najmłodszych przygotowany przez Centrum Sztuki Dziecka: warsztaty, pokazy zestawów krótkometrażowych animacji i projekcje pełnometrażowych produkcji". Tu zapraszam po szczegóły KLIK. Wydarzenie na FB KLIK.





PS A tak zupełnie nie na temat - oglądałam niedawno serial Mozart w dżungli i przepadłam... Czy to ten Bernal, czy momentami irytująca siostra Jemimy Kirke (Jessy z Girls), czy muzyka... Nie wiem. Ale. Podoba. Mi. Się. Trailer sezonu pierwszego (na razie są dwa) KLIK.

Zdjęcia - od góry - LABirynt - ART FRACTION FOUNDATION, Beat the drum! - Theater de Spiegel (Antwerpia), Jezioro Łabędzie - Baby Lab i Meyerhold Center (Moskwa). Za zdjęcia dziękuję Organizatorom Festiwalu :)
Czytaj więcej »

15 czerwca 2016

7 Historie kuchenne (kontynuacja)

Krach. W kuchni. Znacie to? Mnie dopada regularnie. Nie tyle męczy mnie gotowanie, co cała ta logistyka. Wymyśl obiad, sprawdź czy masz składniki, kup. I pomnóż te wszystkie czynności przez siedem. Dni. I kolejne siedem. Kolejne... Miewam dni, kiedy naprawdę uda mi się wyszukać i przygotować coś ciekawego i takie, kiedy jęczę do telefonu, że trzeba kupić pierogi... Brałabym dyżury przy żelazku, podwójne nawet, jeśli ktoś chciałby w zamian organizować mi zdrowe obiady. Ale lasu rąk nie widzę ;)



Przepisy wynalezione w internecie upycham po zakładkach. Po kilku miesiącach okazuje się, że wypróbowałam kilka i te - jeśli zasłużyły - przepisuję do kuchennego zeszytu. Mimo wszystko preferuje książki kucharskie, ale... Wcale nie jest mi łatwo znaleźć książki kucharskie, w których przepisy nie będą przekombinowane a składniki zbyt wyszukane. I żeby jeszcze ładna była! Na mojej półce Na moim blacie wciąż króluje Jadłonomia, jest też jabłkowa pozycja Liski, Alfabet ciast i Ciasta, ciastka i takie tam. Ostatnio dołączyła pozycja Julity Bator Zamień chemię na jedzenie i Gotuj zdrowo dla dzieci Darii Ładochy. 
O tej ostatniej pozycji dzisiaj :) Podobno była jakaś ogólnopolska akcja i konkurs... Tak czytam. Że na stronie MiniMini+ się działo. Że celem była "promocja zbilansowanej diety maluchów i wzrost świadomości i wiedzy rodziców na temat prawidłowego żywienia dzieci w wieku przedszkolnym". I w tej książce są między innymi najlepsze przepisy nadsyłane na konkurs, ale przede wszystkim pomysły na posiłki Darii Ładochy. Rzecz się dzieje niesłychana. Zazwyczaj najpierw czytam bloga, by później kupić książkę jego autorki. Tym razem jest na odwrót - z okładki książki dowiaduję się, że autorka prowadzi bloga Mamałyga. Nie znałam, nie wiedziałam, nie kojarzyłam - jeszcze nie zdecydowałam, czy będę się tym przejmować ;)





Wracając do książki - 85 przepisów podzielonych na grupy: śniadania, przekąski, obiad, podwieczorek, kolacja. Faktycznie zdrowo, prosto i pysznie. Pomyślałam, że nie napiszę o książce, póki nie wypróbuję choć kilku przepisów. Ambitnie chciałam zdjęcia potraw zrobić... Okazało się, że nie będę blogerką kulinarną. Po prostu. Potrawy/ciasta - wyszły. Sesje - nie. No nie i koniec. Ale szybkie ciasto cynamonowe - przepyszne! I jak pachnie! Muffiny jajeczne - świetne (choć Ewa nie dała się nabrać, że ta cukinia to ogórek ;)) Ryż smażony z warzywami, muffiny z żurawiną czy choćby zapomniany przez mnie omlet biszkoptowy - jak do tej pory gotuję/piekę bez wtopy :) To nie jest pozycja, która zrewolucjonizuje kuchnie polskie, ale na krach, na taką codzienną załamkę przy otwartej lodówce - działa. Jest różnorodnie, są ładne zdjęcia, składniki nie są wymyślne. Korzystam.
Czytaj więcej »

1 czerwca 2016

3 Wszystko robi SAMO



Sama nie wiem, z czego bardziej się śmieję... Czy z przygód Samuela "Samo" Dzielnego? Czy z siebie sprzed kilku lat, kiedy to pewnie czepiałabym się nadużywania w książce określenia "głupi" i tego, w jaki sposób mówi główny bohater ("l" zamiast "r")? Na 100 procent bym nosem kręciła! A teraz? Zwyczajnie cieszy mnie ta pochwała samodzielności i kreatywności trzylatka. Myślicie, że dlatego, że w domu nie mam już/jeszcze trzylatka? Zmądrzeć może i zmądrzałam, nie wiem. Wiem na pewno, że trochę sobie gumkę poluzowałam, tak, tę w gaciach, co uwierała ;) Gdybym miała czas - przeglądnęłabym wszystkie swoje stare wpisy i pośmiała się z samej siebie.
Jakie to dzikie przygody przeżywa Samo pewnego słonecznego poranka? Godne trzylatka! Podskoki, wywrotki, stłuczenie pupy, opatrzenie jej plasterkami (z ferrari, wtedy boli mniej!) i watą, radzenie sobie (również plasterkami) z bólem głowy, siusianie do nocnika, prawie celnie... Chłopiec zdążył jeszcze wytrzeć podłogę spodniami od piżamy i zanieść pełny nocnik do rodziców. Do sypialni. Na łóżko. Duma! Taki samodzielny! Potem jeszcze chwilę porządził w kuchni - zgniótł trochę płatków i wylał sok, pozbierał resztki szufelką, ubrudził górę od piżamy i poszedł ją uprać. Zrobił nieco za dużo piany... No to umył zlew i lustro. I zęby. Ale to już pastą. Nos też pastą. Potem postanowił się ubrać i tak się zmęczył, że zasnął.




Wiecie co? Tyle się wydarzyło, ale jestem pewna, że cała akcja zamyka się w 15 minutach. Idealny scenariusz do krótkiej animacji! Rodzice spali, a Samo... samodzielny był, towarzyszyła mu w tym kotka Kluska. Nie mam w domu trzylatka, nie wiem, jak zareagowałby na książkę o Samo. Niespełna dwulatek na razie w nosie ma tak "długie" fabuły, sześciolatka rechocze w głos, a i ja trzęsę się od śmiechu. Fajny ten nowy duet Stanecka / Samojlik.



Samo dzielny Wstaje sam
tekst: Zofia Stanecka, ilustracje: Tomasz Samojlik
Wydawnictwo Egmont KLIK

PS Na końcu książki umieszczone są wskazówki dla rodziców, jak wspierać trzylatka i co powinien umieć. Jest też strona do pokolorowania. W serii - do tej pory - ukazały się dwa tytuły KLIK.



Czytaj więcej »

30 maja 2016

2 Basia i przyjaciele



To nie jest tak, że jestem rozczarowana... Po prostu, kiedy zobaczyłam zapowiedzi nowej serii, która jest przeznaczona do trochę starszych czytelników Basi - wyobraziłam sobie nie wiadomo co! Właściwie to wiadomo. Pomyślałam sobie, że to będzie taki przeskok, jak z na przykład książki Dobranoc, Albercie Albertsonie do Hokus-pokus, Albercie. Tu 28 stron, tam 60. Tu duże, kolorowe ilustracje, tam więcej tekstu i czerń z bielą. Rozumiecie? Jeszcze lepiej - ja sobie wymarzyłam, że dostanę Basię w opasłym tomisku, z rozdziałami, że to będzie taki polski odpowiednik Dzieci z Bullerbyn! Ja to mam wyobraźnię, prawda? ;)
Tymczasem - porozmawiajmy o nowej serii Basia i przyjaciele w odniesieniu do starych Baś. Autorki te same, format ten sam, okładka ponownie twarda, rogi okładki tym razem nie zaokrąglone, fonty chyba tej samej wielkości, stosunek tekstu do ilustracji - nie wiem, znaków nie liczyłam, ale rzucającej się w oczy różnicy nie widzę, cena tak samo miła. Co zatem się zmieniło? Na przykład to, że Basia nie jest główną postacią. Dwa pierwsze tomy należą do Anielki i Antka. I jeszcze to, że - w stosunku do wcześniejszych książek o Baśce - tu jest więcej trudnych emocji. Trudno mi dobrać słowa. Czytelnicy, którzy znają Basię - wiedzą, jaki jest jej dom. No taki trochę... modelowy. Mama i tata. Mama pracuje w domu, tata jest lekarzem, Basia ma dwóch braci. Mają też żółwia. Kochają się i mają po prostu szczęśliwe, spokojne życie. Tak bardzo uogólniając, oczywiście. Seria dotycząca przyjaciół pozwala wprowadzić trochę... inności. Ale nie zrozumcie mnie źle - to nie tak, że ta inność w opozycji do rodziny Basi jest gorsza. Bynajmniej. To po prostu inne rodziny, inne dzieci. Życie.





Anielka na przykład mieszka na poddaszu starej kamienicy z mamą - ilustratorką i psem Paszczakiem, który trochę śmierdzi, ale jest wspaniałym pocieszycielem dziecięcych serc. "Tata Anielki był artystą performerem i czasem znikał na dłuższy czas. Zjawiał się potem niespodziewanie i wywracał życie na poddaszu do góry nogami - jak wiatr, który zrywa się po to, żeby pognać dalej i zostawić za sobą poprzewracane drzewa i wspomnienie czegoś potężnego i nieuniknionego." Anielka właśnie czeka na swojego tatę. Od wczesnego poranka wypatruje go przez okno. A jej mama stara się ze wszelkich sił trochę odwrócić uwagę córki od tego biernego oczekiwania. Robią placuszki jaglane (brawo za lokowanie produktu!), idą na spacer z Paszczakiem i... zapraszają Basię na n o c o w a n i e! Dzikie harce dziewczyn przeplatają się ze smuteczkami przed zaśnięciem i rozmyślaniem o przyjaźni, nazajutrz zjawia się wyczekiwany tata.





Antka zastajemy w momencie, kiedy wściekły na mamę trzaska drzwiami i wywala język. Nie pozwoliła mu korzystać z tabletu, bo kilka razy zdarzyło mu się nie odrobić lekcji i nie wspomnieć o tym rodzicom. Teraz ma odrobić wszystko, co ma zadane, bo popołudniu odwiedzi go Janek. Trochę się miota, rzuca po łóżku na bardzo długie... sekundy, aż w końcu lekcje są odrobione, a on nie może doczekać się zabawy w piratów. Tymczasem z Jankiem przychodzi Basia, a jej widok wcale nie cieszy Antka - "Tak, młodsze kuzynki były zdecydowanie koszmarnym wynalazkiem." Chłopcy dość szybko wyganiają pięciolatkę, ale zamiast wspólnie się bawić - kłócą się o to, kto będzie kapitanem statku. Wygląda na to, że jedynie Basia w roli majtka może rozładować sytuację. Ale mniejsza o zabawę - w opowieści o Antku jest tablet i sprawa (nad)używania go, jest stanowcza mama, są pracujący przy komputerze rodzice, jest dzień, który zaczął się koszmarnie a kończy się cudowną zabawą - bez tabletu, ale za to z rodzicami, którzy wchodzą na pokład po skończeniu pracy.
Tak, wciąż czekam na polski odpowiednik Dzieci z Bullerbyn. Na szczerbatą Baśkę, która z przyjaciółmi przeżywa masę przygód na setkach stron. Na te współczesne, ale i po prostu polskie realia, za które cenię książki o Baśce. Bardzo bym chciała. Takie tomisko od duetu Stanecka / Oklejak. Nie ze "sklejonymi" wcześniejszymi przygodami. Nowe, ze szkolną Basią i jej przyjaciółmi. Czekając - poczytam nową serię Basia i przyjaciele. Mogę też pooglądać serial o Basi, jeśli w końcu ten projekt zostanie skończony...

tekst: Zofia Stanecka, ilustracje Marianna Oklejak
Wydawnictwo Egmont KLIK
Czytaj więcej »

24 maja 2016

16 Nasz piknik



Wpis jest długi. Tak tylko uprzedzam. I do lektury zapraszam tych, którzy nie mają możliwości zorganizowania przyjęcia urodzinowego w przydomowym ogródku czy lokalu. Piknik w przestrzeni miejskiej, bez kuchennego zaplecza. Taki jest nasz piknik.
MIEJSCE: Park, tereny zielone. Raczej te mało popularne i na pewno utrzymane w czystości. Fajnie, jak jest w pobliżu toaleta. Do ubiegłego roku wyprawialiśmy urodziny w uroczym, zupełnie niepopularnym parku położonym tuż obok obleganego Jeziora Maltańskiego w Poznaniu. Po przeprowadzce mieliśmy do wyboru pobliski park i teren domu kultury. Wybraliśmy drugą opcję i to był strzał w dychę. Nikt tam nie wyprowadza psów, teren jest czysty, ogrodzony, położony w miłej dolince i... ogólnodostępny. Upewniłam się tylko, czy na wybrany przez nas weekend nie ma zaplanowanej jakiejś imprezy zamkniętej. I tyle. Nie trzeba rezerwować, płacić, zero formalności. Wybrałam miejsce z odrobiną cienia i ławkami w pobliżu. Z ławek nie skorzystaliśmy, i tak siedzieliśmy na matach i klanzie.
WYPOSAŻENIE: Za stoły od lat służą nam kartony po bananach. Dwa tej samej wielkości. Są świetne, bo najpierw w nie pakuję wszystkie potrzebne rzeczy, transportuje, obracam, przykrywam obrusem i voila! Bufet gotowy. Jedyne jednorazówki, jakich używam to papierowe talerzyki (najfajniejsze, jednokolorowe w dobrej cenie kupowałam w Realu). Moja zastawa to foliowe obrusy,  plastikowe talerze i miseczki kupione jakiś czas temu w Ikei. Wykorzystuję je nie tylko podczas pikników urodzinowych. To po prostu nasza zastawa wyjazdowo-piknikowa. Już drugi raz przygotowałam kartonową paterę na słodkości. Tu KLIK "przepis" na nią. Swoją oczywiście obkleiłam kolorowymi papierami. Za stojak na lizaki posłużył jakiś kartonowy odrzut z opakowania łóżka piętrowego. Na ciacha od zawsze jest puszka. Wykorzystuję także papierowe kubeczki (np. na kabanosy czy suche rurki) i jakieś zgrabne kartoniki. Do siedzenia i zabawy - chusta animacyjna i maty/koce. Jakaś piłka (koniecznie) i sprzęt sportowy, jakikolwiek. My mamy też piknikowy namiot. Takie zwykłe, najtańsze igloo, które mój bart kupił za kilka euro. ZAWSZE jakaś zgraja w nim siedzi ;)



JEDZENIE: Jestem potwornie nudna w tym temacie! Podczas układania menu zadaję sobie kilka pytań - czy jest szansa, że dzieciakom zasmakuje, czy to będzie wygodne w transporcie, czy to będzie bezpieczne... No tak - bezpieczne. Dlatego napoje to soczki w małym kartoniku ze słomką i przede wszystkim woda w małych butelkach. Mało ekologicznie... Ale gdyby były kubeczki i duże butelki czy karton z sokiem - martwiłabym się o przypadkowe wypicie soku z wkładką z pszczoły/osy. Ze względów bezpieczeństwa unikam również sałatek, również owocowych czy wszelkiego rodzaju kremów (torty, babeczki z kremem odpadają). Raz się taką owocową sałatką zatrułam. Nie, dziękuję, nie zaryzykuję. Wszak urodziny trwają kilka godzin, jest gorąco, słońce wędruje... Bezpieczeństwo. Nuda, jak kto woli ;) Zatem - co jest w menu? Od zawsze - ciasto marchewkowe w polewie czekoladowej w roli tortu. Od zawsze - ciasteczka owsiane. I jeszcze jeden rodzaj ciasta - w tym roku były myszki, czyli brownie dla dzieci (przepis stąd KLIK). Co ponadto: szyszki z ryżu preparowanego (z tego przepisu KLIK), rurki bez nadzienia, słomka ptysiowa, cukierki m&m, które mi zostały z dekoracji ciasta ;), małe lizaki, jedna paczka żelek, jedna paczka pianek, galaretkowe cukierki. To ze słodkości. Prócz tego, jak zawsze - jabłka, banany, papryka pokrojona w paski, pomidorki koktajlowe, winogrono, cienkie kabanosy, małe bułki i roladki z ciasta francuskiego (tu np. przepis KLIK, ja dałam, zamiast keczupu, domowy sos paprykowy i zrobiłam wersję z szynką oraz z salami). Nie zdążyłam w tym roku zrobić sezamków (te KLIK, pycha!), ale na życzenie Ewki pierwszy raz był popcorn, który podałam poporcjowany w kubeczkach. Do picia soczki i woda. Zgadnijcie co zostało... Przede wszystkim żelki :D Roladek nie miałam okazji spróbować... Wnioski na przyszłość - więcej kabanosów i jeszcze więcej popcornu. To zeszło najszybciej. A w temacie propozycji, które już kiedyś wykorzystywałam - bardzo fajne są te nuggetsy KLIK. I znam jeszcze jeden hit, który jednak wymaga inwestycji w... strzykawki. U kumpeli Ewy były na urodzinach strzykawki wypełnione galaretką. Hit!
MUST HAVE: To wcale nie pastelowe dodatki czy słój na lemoniadę... Must have przy tego rodzaju plenerowej imprezie to: nóż do pokrojenia ciasta/tortu, chusteczki mokre i suche, świeczki i zapałki/zapalniczka i worek na śmieci :)
ZBYTKI: Dla chętnych - coś, co dzieci zabiorą do domu. W tym roku zaplanowałam dwie rzeczy. W środku imprezy dzieci dostały hmmm... no takie amatorskie szarfy gimnastyczne. Oczywiście można zamówić gotowce, ale można też kupić patyczki do balonów (same, bez koszyczków, koszt - około 0,15 zł za sztukę) i kupić wąskie wstążki - metr na osobę, około 0,80 zł za jeden kolor). U nas szarfy były z dwóch wstążek. Najpierw supełkiem trzeba połączyć wstążki, potem np. szydełkiem - pętelkę wcisnąć w środek patyczka do balonów. Jeśli macie możliwość i czas - dobrze byłoby zalać ten supełek kroplą kleju na gorąco. I opalić wstążki, żeby się nie pruło. Fajne i niedrogie. Na koniec imprezy przygotowałam zabawę w nawlekanie. W Tigerze kupiłam jeden słoiczek drewnianych koralików i opakowanie koralików... do prasowania. W pasmanterii dokupiłam dwa metry cienkiej gumki, a potem dokupiłam jeszcze trzy :D Koszt całości - około 30 zł. Wystarczyło dla trzynastoosobowej ekipy. Każdy wyszedł z urodzin z bransoletką, pierścionkiem i sama-nie-wiem-czym-jeszcze :) 





KOSZTY: Jedzenie i picie dla ponad 12 osób zaproszonych na nasz piknik to mniej niż 200 zł. Wiem, bo zbierałam paragony. Liczyłam składniki do pieczenia, słodkości, owoce, WSZYSTKO. Zbytki to około 50 zł. Mało? Dużo? Nie wiem. Wiem, że bardzo wspomogliście urodzinowy budżet, biorąc udział w kiermaszu, dziękuję :)
WNIOSKI: Na przyszłość, przy takiej ilości gości, kupię więcej kabanosów, dorobię popcornu, zrobię dwa razy więcej roladek i upiekę jeszcze jedno ciacho, bananowe na przykład :) Chciałabym napisać, że nie będę się denerwować, wrzucę na luz, ale nie, tego obiecać nie mogę :) Jeśli macie jakieś rady czy chcecie podzielić się swoimi doświadczeniami - śmiało, chętnie poczytam :)



PS Z zabawami miałam problem i podpytywałam Was na FB. I dostałam sporo podpowiedzi! Może uda mi się stworzyć osobny wpis na ten temat :)
Czytaj więcej »