26 września 2014

6 10 razy 10 = zabawa




Czasami człowiek, niemożliwie rozpuszczony przez los, żałuje bardzo dziwnych rzeczy. Na przykład tego, że jego dziecko umie już liczyć do dziesięciu (a nawet do dwudziestu jedenastu). No żałuje, bo taka kreatywna, nieszablonowa, po brzegi wypełniona zabawą lekcja nas ominęła! Chociaż... Jeśli spojrzeć na to z drugiej strony - lekcja nam uciekła, ale została zabawa, prawda?




Dobra, dobra, trochę sobie żartuję. Bo nowy Tullet to nie tylko liczenie do dziesięciu. 128 stron o liczeniu do dziesięciu?! To by nie przeszło! Nie u Tulleta! Są zatem, prócz liczenia do dziesięciu, cyfry. Od zera do dziesięciu. Policzyć można również kolory. A przy okazji je wymieszać. I poznać liczebniki porządkowe! W rozdziale o ciele ludzkim... Sami musicie to zobaczyć! Jest co liczyć, choć nie jest to tradycyjne liczenie jednego nosa czy dziesięciu paluszków... Są też kształty, gry, wyścigi aut i zgadywanki. Wszystko z liczeniem w tle. I wszystko takie Tulletowe :) Wiecie? Jakoś nie sądzę, bym musiała Was zachęcać do tytułów tego autora...






Bo Tulleta zwyczajnie nie wypada nie znać. I powtórzę się - zanim podsuniecie pod pulchne paluszki tablety, smartfony i inne cuda - sięgnijcie po książkę Hervé Tulleta. Którąkolwiek. Wydawnictwo Babaryba zadbało, byśmy mieli w Polsce wybór. Do tej pory ukazały się: Naciśnij mnie, A gdzie tytuł?, Turlututu. A kuku, to ja!, Kolory i najnowsza - 10 razy 10


10 razy 10, tekst i ilustracje: Hervé Tullet
Wydawnictwo Babaryba KLIK

PS Także nie, jeszcze nie wyrastamy z Tulleta. Dziękujemy Babarybie, że pozwoliła nam się o tym kolejny raz przekonać :) Zresztą... Kiedy już wyrośniemy... Książki poczekają na nowego czytelnika, który już przebiera nóżkami z radości ;)




Blogger Tricks

24 września 2014

32 Czasem słońce, czasem deszcz


Ale zamilkłam! Ale! A przecież cały czas mówię: - Ewa. Ewa. Ewa. Nie tak mocno. Ewa. Ewa. Ewa. Ewa! Za blisko. Nie tak mocno. Ewa. Zostaw Wojtka. Ewa. Zostaw Wojtka... No mówię Wam - gadam i gadam. A ona? Głuchota wybiórcza. Szeptem powiem, dwa kilometry od niej, że czekolada jest na stole i wtedy na pewno usłyszy, na stówę. Tymczasem codziennie:  - Ewa. Ewa. Ewa. Nie tak mocno. Ewa. Ewa. Ewa. Ewa! Za blisko. Nie tak mocno. Ewa. Zostaw Wojtka. Ewa. Zostaw Wojtka... I nic. Jak o ścianę. Niewidzialne pole magnetyczne między nimi. Ona wpada do domu i leci go przytulać. Po swojemu. On nie protestuje. Nie protestuje przez mniej więcej 10 sekund. Potem prezentuje dziąsła, bynajmniej nie w uśmiechu. I zaczyna skrzeczeć. - Ewa. Ewa. Ewa. Nie tak mocno. Ewa. Ewa. Ewa. Ewa! Za blisko. Nie tak mocno. Ewa. Zostaw Wojtka. Ewa. Zostaw Wojtka...
Popołudnia są takie. Gderające, syczące, o dwa słowa za ciężkie. Pamiętam, że bałam się połogu. Tymczasem nie ciąża, nie poród, nie połóg... Najbardziej dobija mnie niedoczas dla Ewki. I ten cholerny brak cierpliwości. Ona cała jest wołaniem o uwagę, ja wręcz przeciwnie - wołam o chwilę ciszy. A kiedy cisza nadchodzi - myślę o tym, co znowu zrobiłam nie tak. I obiecuję sobie, że od jutra będę lepsza. Tymczasem: - Ewa. Ewa. Ewa. Nie tak mocno. Ewa. Ewa. Ewa. Ewa! Za blisko. Nie tak mocno. Ewa. Zostaw Wojtka. Ewa. Zostaw Wojtka...
I jeszcze ten smutek nieutulony, ten żal. Za każdym kamyczkiem, który wrzuciła do morza. Za nakrętkami, które ma zanieść do specjalnego pojemnika. Za etykietą z butelki, którą ja bezmyślnie wyrzuciłam. Oczy pełne łez. Szloch. - Ale ja będę tęsknić. Tak mi szkoda! - woła przez łzy.
Ale że co? Trochę szaro to wygląda? Pesymistycznie? Ależ! Róż to tylko na większości dziewczynek z grupy przedszkolnej Ewy. W wydaniu od stóp do głów. ;) U nas pełna tęcza. Ja aktualnie jestem raczej skalą szarości, ale codzienność wciąż odmieniamy w każdym kolorze. Także w różu. Który idealnie komponuje się właśnie z szarością.
I kiedy ja się miotam, kiedy nic nie wiem, kiedy dla siebie czasu już nie mam w ogóle - ona rysuje naszą rodzinę. Każdy z kokardą na głowie! Pełno kwiatów, jabłoń, dom... Szaleństwo! A nad nami tęcza. I deszcz. I słońce. Jakie to prawdziwe...




19 września 2014

9 (Nie tylko) wakacyjna lektura

Wakacje już za nami, ale wciąż znajdujemy piasek. W kieszeniach, butach, foremkach, plażowych torbach... Nawet w książce zostało kilka ziarenek. Ale akurat do tego tytułu - piaskowa zakładka pasuje idealnie :)


To jedna z kilku książek zabranych na nasz nadmorski wypad. Jedna z kilku, przy których Ewka zasypiała. Dosłownie. Nie to, że nudna była. Ot, zmęczenie materiału. Może i Ewa nie zajmowała się rozwiązywaniem zagadek, ale od rana do nocy była ciągle w ruchu, cały czas na świeżym powietrzu. Wieczorem przykładała głowę do poduszki i po kilku stronach czytania... Już jej nie było :)



A książka trafiona idealnie! Bo nie dość, że miejsce akcji typowo wakacyjne, ilustracje podobne do tych naszych chwil zatrzymywanych codziennie w kadrach, a na dodatek - tematyka, która Ewkę kręci. Bo co robią dwie dziewczynki w Zatoce Delfinów? Łowią krewetki, grają w chińczyka, pływają, bawią się w piasku, zjadają ogromne ilości lodów, ale przede wszystkim - rozwiązują zagadki detyktywistyczne! Jest sprawa kradzieży, ktoś hałasuje, znika pies... Zagadki nie są bardzo za bardzo skomplikowane, powiedziałabym, że są po prostu skrojone na miarę dwóch dziewczynek, które nie lubią się nudzić. Wraz z nimi nie nudzą się czytelnicy :)




122 dwie strony podzielone na dziewięć rozdziałów. Każdy rozdział to jedna zagadka, która zostaje rozwiązana przez dwie małe detektywki. Idealna lektura do wieczornego czytania "na rozdziały" (nawet jeśli ma się w domu babsztyla wykłócającego się o każdy rozdział: - Cztery! Dzisiaj cztery! Ja CHCĘ! ;)). Podejrzewam, że równie dobrze sprawdzi się w przypadku pierwszych dłuższych samodzielnych lektur.



Tajemnice Zatoki Delfinów, tekst: Magda Podbylska, ilustracje: Katarzyna Bajerowicz   
Wydawnictwo BIS KLIK







11 września 2014

17 Grasz w różowe? Gram!

- Mamo - scenicznym szeptem zwraca się do mnie na przystanku autobusowym Ewa. - Mamo, zobacz! Jakie ta pani ma buty! RÓ-ŻO-WE! Tu zbliżenie na Ewę. Szarpie mnie właśnie za łokieć. Z niedowierzaniem w oczy zagląda. Zachwyt. Wzdech. No takie różowe! A ta pani dorosła jest! ;) Na koniec roku przedszkolnego, prócz worka z ubrankami, nieco zużytych kapci i opinii pedagoga, dostaliśmy zamiłowanie do różu. I do Hello Kitty. I do cekinów. I brokatu. Nie byłam zatem zaskoczona, że po zabawie w kolor zielony KLIK i w kolor czerwony KLIK przyszedł czas na odcienie różu i fioletu :) Żółty musi poczekać...
 








 

8 września 2014

20 Morskie opowieści 2014


Ponad tydzień temu zostawiłam w domu suszarkę z niedosuszonym praniem. I okres połogu też zostawiłam za sobą. Wyruszyliśmy na wakacje, nad morze, do lasu, na plażę, gdzie dość bezrefleksyjnie prezentowałam styl Raw Beauty. Choć umówmy się, że ja byłam bardziej Raw, a Ewka Beauty. I pewnie dlatego ona ma setki zdjęć, a ja dwa - z dużej odległości robione. Choć mógł mieć na to wpływ fakt, że jestem przyspawana do aparatu... Sama nie wiem ;) A naturalny styl to po części przez to, że taki właśnie mam. Ale to, że była z nami dwójka dzieci (- Trójka! - protestuje kot Tramal) też miała na to wpływ, nie będę oszukiwać. Żonglowaliśmy czasem tak, by Ewka była wybawiona, wyspacerowana, zmęczona trampoliną, rowerem i innymi atrakcyjnymi atrakcjami (różowymi, świecącymi się, lodowymi, w zależności od życzenia...), a Wojtek miał równowagę w jedzeniu, spaniu i czasie aktywności, kiedy to intensywnie się rozglądał, wydawał z siebie kilka: - Ghy, ghy... - i wykończony zapadał w kolejną drzemkę. Jak już tym czasem żonglowaliśmy, to po 20.00, kiedy dzieci spały, a my TEORETYCZNIE mogliśmy robić wiele rzeczy... Praktycznie jednak - zasypiałam na stojąco. Za dużo morskiego powietrza, aktywności. No żonglerki za dużo ;)




A jeśli o teorii mowa. Morza szum, ptaków śpiew... teoretycznie to idealne warunki do spania, prawda? Otóż nie. Wojciech w pobliżu morza wiercił się, kwękał, zasypiał z trudem. Co innego okolice "dmuchańca", gdzie Ewka zażywała dodatkowego (o matko, skąd ta energia?!) ruchu. Okoliczności - głośna muzyka, pisk dzieci, odgłosy cymbergaja i powietrze szare od dymu z grilla. O. Teraz to można spać... ;) I jeszcze - o ile Ewa, żeby zasnąć porządnie, musi być konkretnie rozkopana, o tyle Wojtek - no ten, to do szczęścia potrzebuje konkretnego przegrzania. Ubrać ciepło, otulić kocykami, nachuchać i może księciuniu spać ;)





Odpuściłam dwa zachody słońca. Bo Wojtek niespokojny, bo chciał po prostu zasnąć w ciszy, a nie jechać na plażę. Ewka poszła z tatą. A ja uświadomiłam sobie, że przecież ja nie lubię zachodów słońca. Nudzą mnie niemiłosiernie. I tak to, zajadając draże, cieszyłam się, że na ten zachód nie poszłam. Choć odrobinę żałowałam, że mew nie karmię, bo bardzo lubię obserwować spryciule, które łapią jedzenie w locie i te drugie majestatyczne, którym nie chce się nawet dwóch kroczków zrobić w stronę pokarmu.






A jeśli o jedzeniu mowa. Dąbki mają dla mnie smak anyżków i bitek z makiem. Zajadaliśmy je teraz, rok temu, dwa lata temu... Właśnie tam i - po prawdzie - tylko tam. Jakoś zapominam o anyżkach w Poznaniu. Tymczasem zaraz po przyjeździe na miejsce, zaczęłam interesować się, czy cukiernia jest na swoim miejscu, by potem stać się stałą klientką: - Dwie garście anyżków, jedną bitek z makiem. Oj, ale wczoraj to pani miała większy rozmach, śmiało, więcej tych ciach! ;)




Sporo jadłodajni było już nieczynnych, niestety. Na naszych oczach rozkręcane były kolejne automaty. Miałam wrażenie, że zaraz, za moment, ktoś całe Dąbki zwinie i upchnie na pawlaczu. Tymczasem Ewka polowała na ATRAKCJE. Pierwszego dnia powiedziałam: - Narysuj, jakie chciałabyś mieć wakacyjne atrakcje, będziemy twoje życzenia spełniać. Narysowała. Że chciałaby skakać na trampolinie, jeździć dużym rowerem, jeść lody, kręcić się na małych karuzelach, obłowić się w automatach z drobiazgami za dwa złote, jechać na wycieczkę, wybrać sobie sama kolorowy magazyn w sklepie. I balonik by chciała, najlepiej z Myszką Minni. Albo Hello Kitty...




A właśnie. Co ma Hello Kitty do matematyki? Ano całkiem sporo. Bo taki automat z breloczkami z Hello Kitty - 1 zł. I kiedy Ewa chciała iść znowu na "dmuchańca" - tłumaczyliśmy jej, przeliczaliśmy. Że 30 minut skakania to dziesięć breloczków. Albo cztery kulki lodów. Albo pięć przejażdżek na miniaturowej karuzeli. Albo siatka na motyle. Albo pół balonika z Hello Kitty. Taki to wakacyjny wstęp do matematyki ;) I kieszonkowego. Bo nadszedł czas na nie. Liczone były też meduzy i momenty, w których M. gubi na plaży buta ;)




Codziennie byliśmy na plaży, spacerowaliśmy po lesie, spełnialiśmy życzenia Ewki, wypoczywaliśmy w zupełnie nowym składzie. Zamiast pięciu dni, zostaliśmy sześć. Mało? Dużo? Wystarczająco. Wypoczęliśmy, nacieszyliśmy się morzem, mieliśmy cudowną pogodę. Spotykaliśmy na swojej drodze samych dobrych ludzi (Aniu! Dziękujemy!). Na pewno tam wrócimy, kolejny raz... I znowu pomalowane kamienie rozrzucimy po plaży. I część wrzucimy do morza. Ewa ma nadzieję, że znajdzie je Maja i Lasse :)