14 października 2014

20 Życzenie śmierci I ;)


- Jak Wojtek urośnie, to się z nim ożenię.
- Ale wiesz, nie można brać ślubu z bratem.
- Pfff... Jak umrzecie, to się nie dowiecie, nanananana! Trzymam kciuki żebyście umarli...

No, także ten tego. Bycie rodzicem czterolatki - level hard ;) A tymczasem. Podczas chrztu Wojtka zgasła świeca, a rozpaczliwe próby jej ponownego odpalenia... Spełzły na niczym. Iście piekielny zapach unosił się nad naszym wózkiem podczas ceremonii. A ten spał. Lekko się tylko wzdrygnął podczas obmywania wodą. Wiecie - TĄ wodą. Po uroczystości dość cierpliwie znosił pielgrzymkę z rąk do rąk i blask fleszy. My - wciąż odsypiamy ten weekend, on - nie wie, o co nam chodzi ;) 

PS Teraz rozumiecie stąd moje blogowe milczenie? :)

Blogger Tricks

9 października 2014

16 Daleko jeszcze?

Idziemy... Pięknie jest. Jeszcze zielono, choć jesień rozłożyła już swoją paletę z czerwonym, żółtym i pomarańczowym kolorem. Pięknie jest. Majestatycznie. Te góry. Wierzchołki między chmurami. Pięknie. Idziemy. - Dzień dobry, czy daleko jeszcze do schroniska? - pyta Ewa pierwszych napotkanych turystów. - Dzień dobry, czy daleko jeszcze do schroniska? - zaczepia kolejnych. - Dzień dobry... Guten Tag! Dobrý den! Niedaleko. Bliziutko. Jeszcze pół godzinki. Dwa zakręty. - A czy będzie tam jakiś plac zabaw??? Nie będę Was oszukiwać - z gór to się Ewce najbardziej podobał wylosowany w automacie łańcuszek z Moje Opony (My Little Pony). I łóżko piętrowe w hostelu. Czy w związku z tym żałuję tego wypadu? Tego, że nie mogliśmy wejść wyżej, że z wózkiem to tylko jeden szlak i to do pewnego momentu? A on chusty/nosidła nie znosi... Że sporo czasu spędziliśmy w hostelu, słuchając szalejącego wiatru? Zamiast w drodze? A nie. Nie żałuję. Wróciłam zmęczona, choć wypoczęta. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy pojedziemy tam znowu. Może wtedy Ewka zobaczy góry tak naprawdę? A może nie :)
















PS Noclegu w Karpaczu szukałam, pytając Was o radę na FB. Tak trafiliśmy do Hostelu Krokus. Teraz i ja mogę polecać to miejsce. Na uboczu, z klimatem, z pomysłem i przede wszystkim uśmiechniętymi ludźmi :)

2 października 2014

17 Lowam #1


Moje zakładki puchną. Te w przeglądarce. Linków w nich milion pięćset sto dziewięćset. Część rzeczy upycham na mojej tablicy Piterest KLIK, ale jakoś nie wszystko mi tam pasuje. Stąd nowy cykl, którego cykliczność... jest wielką niewiadomą. Jak mi się nazbiera trochę odnośników, muzyki, książek i innych dupereli, to będzie kolejny wpis z cyklu Lowam. Po prostu. To nie zawsze będą nowości, bo jak już mówiłam...  Moje zakładki puchną. Ale do rzeczy - dzisiaj lowam (kolejność przypadkowa):
  • ten wpis KLIK na moim ulubionym blogu podróżniczym The Adamant Wanderer. Bardzo motywuje mnie do częstszego opuszczania strefy komfortu, choć aktualnie oznacza to u mnie coś zupełnie innego, niż w przypadku Autorki bloga - Uli :) Ten post lowam również dlatego, że jest przykładem idealnego tekstu sponsorowanego, naprawdę z przyjemnością go czytałam.
  • a skoro mówię o motywacji i strefie komfortu - ten wykład KLIK sprawił między innymi, że staram się mniej używać sformułowania "udało mi się"...
  • kawę Anatol w wersji waniliowej. Szczególnie, że aktualnie piję tylko kawę zbożową.
  • cykl "Będąc młodą przedszkolanką" KLIK u Jareckiej, w Deszczowym Domu.
  • tekst o Warszawie KLIK, jak i zresztą inne wpisy (teksty i zdjęcia, ach!) u Joanny - Mamy w Centrum.
  • Maggie Gyllenhaal w miniserialu The Honourable Woman.
  • kampanię społeczną Fundacji PZU - „Kochasz? Powiedz STOP Wariatom Drogowym”. Za spoty, za gadżety, za muzykę (Soko, We Might Be Dead Tomorrow).
  • kwas chlebowy, edycję trzecią, z którym eksperymentuje M.
  • wieczorne z Ewką czytanie książki Burzliwe dzieje pirata Rabarbara (tekst: Wojciech Witkowski,ilustracje: Edward Lutczyn). Bardzo mnie uśmiecha ta książka, a i Ewka nie narzeka - mimo że ilustracji naprawdę niewiele.
  • miejsce w necie, w którym można znaleźć... miejsca do nocowania. A sami sprawdźcie KLIK
  • Ewkę, która skoro świt mówi do brata: - Cześć Wojtek, ty łachudro ;)
A Wy? Co dzisiaj lowacie? :)

30 września 2014

12 Im bardziej, tym lepiej

- Ale mi się nie chce - powiedziałam cicho. Potem powtórzyłam to jeszcze ze sto razy. Albo przynajmniej trzy ;) W sobotę rano tak mówiłam, w niedzielę też. I tak trochę, szukając ratunku, rozglądałam się po naszym domu, który coraz bardziej przypominał* menelnię. - Odkurzyć trzeba, posprzątać... - stękałam. - A jak nie teraz, w weekend, to kiedy? - myślałam. A jeszcze trochę pracy przy komputerze na mnie czekało...  Jak nic dopadło mnie marudztwo, ciężka odmiana marudztwa. Całe szczęście, że pamiętałam starą zasadę - im bardziej się nie chce, tym będzie lepsza zabawa. Zasada wciąż aktualna, weekend mieliśmy przepyszny :)








I pomyśleć, że czasami wystarczy zacząć rozmowę w piaskownicy. I trochę podlewać nową znajomość, wcale nie za dużo, na tyle, na ile czas pozwala. I ona rozkwita, ta znajomość. I potem, gdzieś w przedpokoju, poznajesz kolejną osobę. A kilka dni później jedziesz pomóc w wykopkach, jesz pyszną zupę dyniową, przymykasz oko na to, że Ewka dokłada sobie trzeci kawałek ciasta (czwarty, piąty...). Wracasz do domu, gdy robi się ciemno. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Wstajesz rano. Czujesz każdy mięsień, nic ci się nie chce, ale słońce znowu tak ładnie świeci za oknem... To może do puszczy? :)








Im bardziej się nie chce, tym lepsza zabawa później. I teraz bardzo, bardzo mi się nie chce pakować się i wyruszyć w góry. Choć wyjazd dopiero w niedzielę. Bardzo, bardzo mi się nie chce... ;)

* nadal przypomina! Tyle że - na dodatek - w samym przejściu stoi olbrzymia dynia, a z parapetu łypią na mnie dwie cukinie i dwa kabaczki. Jak nic myślą, co z nimi zrobię. A ja nie wiem! Także ten tego... Nie przychodźcie bez zapowiedzi, bo nie otworzę! :D Chyba że chcecie mi pomóc z tymi mieszkańcami parapetu, to zapraszam, ino przetrę blat rękawem ;)

26 września 2014

7 10 razy 10 = zabawa




Czasami człowiek, niemożliwie rozpuszczony przez los, żałuje bardzo dziwnych rzeczy. Na przykład tego, że jego dziecko umie już liczyć do dziesięciu (a nawet do dwudziestu jedenastu). No żałuje, bo taka kreatywna, nieszablonowa, po brzegi wypełniona zabawą lekcja nas ominęła! Chociaż... Jeśli spojrzeć na to z drugiej strony - lekcja nam uciekła, ale została zabawa, prawda?




Dobra, dobra, trochę sobie żartuję. Bo nowy Tullet to nie tylko liczenie do dziesięciu. 128 stron o liczeniu do dziesięciu?! To by nie przeszło! Nie u Tulleta! Są zatem, prócz liczenia do dziesięciu, cyfry. Od zera do dziesięciu. Policzyć można również kolory. A przy okazji je wymieszać. I poznać liczebniki porządkowe! W rozdziale o ciele ludzkim... Sami musicie to zobaczyć! Jest co liczyć, choć nie jest to tradycyjne liczenie jednego nosa czy dziesięciu paluszków... Są też kształty, gry, wyścigi aut i zgadywanki. Wszystko z liczeniem w tle. I wszystko takie Tulletowe :) Wiecie? Jakoś nie sądzę, bym musiała Was zachęcać do tytułów tego autora...






Bo Tulleta zwyczajnie nie wypada nie znać. I powtórzę się - zanim podsuniecie pod pulchne paluszki tablety, smartfony i inne cuda - sięgnijcie po książkę Hervé Tulleta. Którąkolwiek. Wydawnictwo Babaryba zadbało, byśmy mieli w Polsce wybór. Do tej pory ukazały się: Naciśnij mnie, A gdzie tytuł?, Turlututu. A kuku, to ja!, Kolory i najnowsza - 10 razy 10


10 razy 10, tekst i ilustracje: Hervé Tullet
Wydawnictwo Babaryba KLIK

PS Także nie, jeszcze nie wyrastamy z Tulleta. Dziękujemy Babarybie, że pozwoliła nam się o tym kolejny raz przekonać :) Zresztą... Kiedy już wyrośniemy... Książki poczekają na nowego czytelnika, który już przebiera nóżkami z radości ;)