1 lipca 2011

EWOlucja*

Odłożyłam ją do łóżeczka i po cichutku, na paluszkach, zaczęłam EWAkuację. Jeszcze dobrze nie zdążyłam się obrócić, kiedy z okolic międzyszczebelkowych dobiegł RYK. Mając jeszcze cień nadziei, że po chwili ryk ucichnie, a dziecię w końcu się zdrzemnie, stałam bez ruchu (niczym w raz, dwa, trzy - Baba Jaga patrzy!). Ryk jednak się nasilał, a na dodatek po chwili usłyszałam charakterystyczny stukot - smok poszybował w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie dość, że poszybował, to jeszcze gdzieś wylądował. No to klops. W łóżeczku siedziała kupka nieszczęścia.
Gluty rozmazane po policzkach, załzawione oczy, lekkie wypieki. Nachyliłam się nad nią i pytam: - No gdzie wywaliłaś tego smoka? Gdzie? Pochmurne oczy spojrzały w moim kierunku, a paluszek wskazał miejsce między szczebelkami. Kiedy to moje dziecko tak wyrosło? Od kiedy taka z niej panna mądralińska? :)Zatem... Póki te małe-nie-małe zmiany nie ulecą z głowy i nie zadomowią się w codziennym pejzażu, jako rzeczy naturalne - czas na krótki wpis z gatunku: dzienniczek postępów. A tak. Ku pamięci. :)
Ewulczita stawia kroki. Nie że wszędzie chce na nóżkach podążać, wciąż faworyzuje czworonożne biegi, choć z niemałą radością kroczy. I sowicie nagradza się oklaskami, których - rzecz jasna - także oczekuje od nas. Rzęsiste brawa to u nas teraz codzienność :)
Przytula się do misia, przytula się do żyrafki, poduszki, walającego się po podłodze długopisu i pustej butelki po coli ;]
Pokazuje oczko, ucho, buzię, nos. Pokazuje zamaszyście. Pokazuje z pełną mocą. Dlatego muszę czuwać, jak zaczyna pokazywać na mniejszym dziecku, psie, kocie. Jak na mnie pokazuje, to też czuwam, bo jednak ten mały paluszek w moim oku...
Robi cacy. Tu także nie wykazuje się delikatnością i finezją, jak Ewka zrobi cacy to nie ma ... we wsi ;) Te jej cacy to siarczyste razy raczej :)
Nikt jak ona nie woła kotka: - Ci-ci-ci-ci... Nikt tak jak ona nie robi w stronę kotka: - Nu-nu-nu-nu grożąc paluchem.



Naśladuje głosy niektórych zwierzątek, choć nieraz jeszcze jej się mylą. Piesek, kotek, krowa, konik - to raczej proste zadania. Wciąż jednak np. nie nauczyła się, że krecik robi: - Ahoj! ;)

 
Umie dmuchać w tin whistle (taka irlandzka fujarka, no)  i sprawia jej to frajdę :)
Klepie się po brzuchu, gdy coś jej smakuje. Czyli w zasadzie zawsze, gdy coś przeżuwa :)
Pokazuje palcem na kontakt i mówi: - Be! Be! Be! Gdyby jeszcze chwilę później nie wyrywała z kontaktu wtyczki od laptopa...
Pokazuje na samochody powtarzając: - Brummm, brum, brummm.
Rozmawia przez telefon :) O, z dziadkiem na przykład -> rozmówki polsko-polskie :)

Tyle tymczasowo przychodzi mi do głowy, pewnie zapomniałam o całej masie uroczych gestów i powiedzonek. Takie to już jest. Ulotne :)

* KOMUNIKAT: w Waszych zbiorach adresów czy programach do czytania RSS i tak zawsze widać tytuł bloga O tym, że, zatem pozwolę sobie od dziś nie powtarzać tego zwrotu w tytule notatki :) dziękuję za uwagę :)