20 lipca 2011

To były piekne dni, nanananana :)

Przez ostatnie dwa dni wchodziłam do łazienki z obawą. Rzut oka na sufit. Jest. Wściekle zielony konik polny. Patrzący na mnie, daję słowo, z wyraźną niechęcią. Ja zerkałam na niego z obawą i wszystkie czynności łazienkowe wykonywałam z zadartą głową. Cholera wie, co ten zielony kombinuje i czy nie ma w planach jakiegoś zamachu na moją osobę...


A kurze dalej dostojnie pokładają się na naszych meblach, a sterta prasowania z pokorą czeka, aż znajdę na nią czas :) I - wbrew pozorom - lubię prasować. I cenię sobie Wasze rady, ale akurat zaprzestania prasowania sobie nie wyobrażam :) Mimo, że wieszam wszystko prościutko i ładnie, to i tak przejechać żelazkiem muszę :)) Tymczasem strefa cienia odchodzi w zapomnienie, dni coraz jaśniejsze: i przez ten wspólny czas, i drobny prezent dany bez okazji, który to teraz dumnie noszę na nadgarstku :)

Pewnie niektórzy z Was dziś odczuwają tygodniowe przesilenie - taki środowy kryzys. Inni radują się, że połowa tygodnia pracy już za nimi. My właśnie rozpoczynamy tydzień i cieszymy się, że ten roboczy, tym razem jest tak krótki :) M. miał dwa dni urlopu, co dało nam prawdziwie długi weekend. Sobota i niedziela upłynęła pod hasłem: goście i spacery. Ale poniedziałek i wtorek już był tylko nasz :) I TYLE się działo! Teraz znowu nie możemy doczekać się soboty! No, ale - nie ma co się rozpisywać, czas na fotorelację, enjoy!