16 lipca 2011

Zabałaganione szare myśli

Kolanem upycham stertę ubrań do prasowania w szafie, po raz kolejny ciesząc się, że może i ona niepozorna i krzywa, ale na pewno ma ścianki z gumy, innej opcji nie ma - ładujemy w nią i ładujemy, a ona stęka i kwęka, ale wciąż gościnnie otwiera ramiona. Kiedyś i ja wejdę do tej szafy, jak i Ewulczuta ma w zwyczaju, i jestem prawie przekonana - Narnię w niej odnajdę. Ale póki co upycham to pranie, nerwowo zerkając na zegarek i skanując przestrzeń ustalając priorytety, bo przecież wszystkiego nie zdążę posprzątać! Dlaczego nie zajęłam się tym wczoraj? Dlaczego? Pewnie dlatego, że pół wieczora zwisałam z kanapy jęcząc smętnie, że znowu, no znowu dopada mnie ten paskudny stan, w którym ciemność widzę raczej, niż jasne i oczywiste zalety mojego życia. Zatem ciemność. Chociaż nie, przesadziłam. Taki półmrok, czasem trochę po omacku, czasem widzę zarysy pozytywów. Chwilowo.


Mimo że jednak proza u mnie zawsze była na pierwszym miejscu, a po poezję sięgałam i sięgam sporadycznie, dawkując sobie, wcale nie najłatwiejszą lekturę - to ta proza teraz, ta życiowa, bokiem trochę mi wychodzi. Bardzo doskwiera mi brak czasu. To, że się szarpię między obowiązkami matki, żony (i kochanki ciśnie się na usta ;)), gospodyni itd., itp.  Na tyle boleśnie się szarpię, że coraz trudniej odnaleźć mi te cenne, niewielkie przyjemności. Upycham to pranie w szafie, bo za chwilę będziemy mieli gości, a ja nie potrafię przyjąć tych zapowiedzianych w brudnym, zabałaganionym domu. Zatem warczę na M., upycham pranie, patyczkiem sprawdzam czy placek ze śliwkami JUŻ. I myślę o niedoczasie. Jak miło spotkać się z rodziną, z przyjaciółmi, ze znajomymi. Tak miło, że nasz kalendarz do końca lata niewiele ma wolnych miejsc. Tych weekendowych. A gdzie takie leniwe weekendy sam-na-sam? Ale zapytajcie mnie, czy z jakiegoś zaplanowanego spotkania chciałabym w tym momencie się wymiksować. No oczywiście, że nie! Bo na wszystkie czekam! [Choć wolałabym, żeby kawalerski, na który wybiera się M. był w piątek, bo wtedy zawsze zostaje jeszcze z półtora dnia (optymistycznie odliczyłam pół dnia na ból głowy M.).]

Bo mimo że Ewka jest naprawdę fajnym i współpracującym dzieckiem, to i tak nie wyrabiam na zakrętach. Gdzieś tam w kolejce do zrobienia są różne rzeczy związane ze mną. Bo za mało mnie we mnie, jak pisałam nie tak dawno temu w pewnym mailu. I wiem, że to przejściowe, i wiem, że dam radę, i wiem, że w gruncie rzeczy - mam dobre życie, bardzo dobre nawet. Ale czasem przychodzi taki pochmurny dzień, dwa lub trzy. Po prostu.

Ale placek mi wyszedł, naprawdę :)