17 sierpnia 2011

Poluję, bo lubię

Mam pewne uzależnienie. Jak tylko jestem w rodzinnym mieście, to muszę udać się na łowy. Porzucam wtedy córkę śpiącą (albo i nie śpiącą) lub ostatecznie zabieram ją ze sobą, a na dokładkę biorę babcię, żeby pełnić przycórkową wartę na zmiany. I łowimy.
Nie rzucam się na wieszaki z obłędem w oczach, niekoniecznie bywam na polowaniu w czasie największego ruchu. Preferuję spokój i nieśpieszne przesuwanie wieszaków. Obserwuję jak przede mną, zerkając podejrzliwie w moją stronę, nerwowo przerzucają wieszaki inne kobiety (przede wszystkim kobiety). Na wyrost przewieszają przez ramię rzeczy, co do których nie są zdecydowane. Łypią w prawo, łypią w lewo. Atmosfera jest gęsta. Zerkają sobie nad ramionami, podglądają.

A ja spokojnie. A ja powoli. I jakoś się nie martwię specjalnie, że mi ktoś coś sprzątnie sprzed nosa. Zazwyczaj jakaś cudna rzecz czeka na mnie nawet w ostatni dzień, kiedy ubrania są po 5 zł za kilogram. I przynoszę wtedy do domu urocze body, które zaprojektował ktoś w Australii i które nie wiem jaką przebyło drogę zanim trafiło na grzbiet Ewulczity. I płacę 0,35 zł. I aż mi głupio. Bo zachwycam się wzornictwem, bo cieszy mnie jakość i fason, bo lubię ładne rzeczy.

rampers Green Babies (USA) . body  BONDS (Australia)
sukienka PONZ (Autralia) . tunika PO. P (Szwecja)
spodenki Mini Mode (Anglia) . sukienka Ralph Laurent (USA)