29 listopada 2011

Poniedziałek

Ewulczita tłukła o podłogę plastikowymi pojemniczkami, które wyjęła z kuchennej szafki. Pomidory w puszce obryzgały mnie - jakże modną w tym sezonie (a nie?) - czerwienią. Bezy ociupinkę zaczęły się przypalać. O mały włos bym nie zdążyła! Ale zdążyłam. Przed powrotem M. z pracy. Wczoraj.
Bo wczoraj minęły dwa lata, od kiedy stanęliśmy przed panem z wielkim łańcuchem na szyi. Łańcuch był z bursztynami (zawsze tak jest? czy z racji tego, że to Gdańsk był?), a na jego końcu dyndał orzeł.

(i teraz zwątpiłam. to facet był? napiszę do M. i zapytam)

 Facet!

:)

Nie zwątpiłam za to w nas. Zatem dwa lata. Dziękuję i proszę o więcej :)