5 grudnia 2011

Sto myśli, setny wpis

Piątkowe popołudnie sponsorowane było przez słowo "opóźniony" i zwrot "może ulec zmianie". Co prawda słychać było także "uprzejmie przepraszamy", ale to raczej już na nikim wrażenia nie robi. Szczerze? 30 minut opóźnienia mojej samotnej podróży? Po tym jak dwa tygodnie temu miałam z Ewką 160 minut opóźnienia, kończyła nam się woda i zużyłam ostatnią pieluchę? Pffff... W piątek po prostu wyjęłam gazetkę, wysyłałam kilka wiadomości dotyczących mojego spóźnienia i czekałam :) Wielkie mi halo, jakieś półgodzinne spóźnienie ;)

Jechałam do bliskiego mi, ale aktualnie bardzo pustego miejsca. Odwrócona szklanka na zlewozmywaku, krem Nivea w łazience, puste psie miski. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zaraz usłyszę stukające o drewnianą podłogę pazurki, a kiedy otworzę drzwi od kuchni znajoma postać będzie siedziała przy stole, z jakąś gazetą, i z papierosem, rzecz jasna. No ale nie tym razem. Tym razem było pusto i nieco dziwnie, choć wciąż domowo.

Ona wiedziała, że jadę do pustego domu. I Ona czekała na dworcu z torebką, w której kawa zbożowa, bułki, masło, dżemik, jakiś jogurt i... piwo moje ulubione! Żebym nie musiała martwić się kolacją i śniadaniem. Żebym mogła zacząć dzień od śniadania w łóżku, a nie spaceru do sklepu w deszczu. To jeden z prezentów-gestów, których się długo nie zapomina :) Dziękuję!

I pomyśleć, że jakiś czas temu nasze drogi gwałtownie się rozeszły. Przez jedną, idiotyczną sytuację. I nie miałyśmy kontaktu przez lata. Ale myślałam o Niej i żal mi było, zwyczajnie żal... Nie wiem już, nie pamiętam, jak to się stało, że zaczęłyśmy do siebie wracać. I teraz nie wyobrażam sobie wizyty w rodzinnym mieście bez kawy z Nią!

Zbliżają się święta i coraz częściej myślę o osobach, z którymi... powiedzmy, że stoję na rozdrożu. Gdzieś po drodze urwał się kontakt. Ja piszę mniej lub nie piszę wcale, ale i w mojej skrzynce odbiorczej brak wieści. Nie dzwonimy do siebie. Ze względu na odległość szanse na minięcie się na ulicy są zerowe. Pewnie gdzieś pomiędzy nami wiszą niewypowiedzane małe pretensje, jakiś żal, niespełnione oczekiwania. Sama nie wiem. Kiedyś zabiegałam, teraz stoję i trochę czekam. Nie na to, żeby ktoś zabiegał o mnie, ale na to, co wydarzy się dalej. Czy zatęsknię? Czy czuję pustkę po tych znajomościach? A może mi ulżyło?

W komodzie leżą świąteczne kartki, a ja się waham. Nie kalkuje kosztów, tylko uczucia. Staram się być szczera sama ze sobą. Szukam odpowiedzi, czy chcę reanimować te znajomości. Bo kiedy, jeśli nie teraz? Chcę wysłać życzenia, tylko ze szczerej chęci, a nie przez to, że zawsze wysyłałam. Ale jakoś nie mogę rozpoznać tych moich uczuć. Nie wiem.


(a miało być o moim urlopie! o tym, że poznałam małą Amelkę! i pogadałam z jej rodzicami, którzy radzą sobie świetnie! że czas intensywny to był, ale taki, jak sobie wymyśliłam - rozmowny! i zanim się obejrzałam, już byłam w domu...)