14 czerwca 2012

Włajaż, włajaż... ;)

Pora się zbierać, jechać do Polski. A tak było... intensywnie! Czas z dziadkami, czas relaksu, czas niekończącego się dnia dziecka :) Zwiedzaliśmy najróżniejsze berlińskie huśtawki, testowaliśmy stado całe zjeżdżalni, dziwowałyśmy się tutejszym placom zabaw. Zabrałabym kilka ze sobą! Co z tego, że sprejem zapaćkane, jak sto razy ciekawsze niż nasza parkowa piaskownica & spółka?
Zjedliśmy dużo lodów, dużo za dużo! Odwiedziliśmy ulubione sklepy z używanymi zabawkami, targając stamtąd kuchenkę, przy której zabawa zajęła Ewę na długie godziny. Kucharka! Nawet lalę-golasa upiekła! :D  I książki znowu kupiłam! Nowe i używane! Chyba je schowam przed M. i udam, że są stare ;))
Ewa uchachana zaliczała kolejne pierwsze razy: rejs statkiem wycieczkowym, wyprawa S-Bahnem, U-Bahnem, wizyta w pralni samoobsługowej, zabawa z dziećmi, które tak dziwnie mówiły ;) Szaleństwo i radość! Super było! Dziękujemy! To co? Do domu? A nie! Jeszcze do mojego rodzinnego miasta na kilka dni! A co! :))
Jest ktoś chętny na kilkanaście stop-klatek? 3, 2, 1... :)


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Zdjęcie własnych zakurzonych stóp to czasem jedyny dowód, że gdzieś byłam :D Nie wypuszczam aparatu z rąk, mimo że czasem obijam obiektyw o zjeżdżalnię ;)

PS Jeśli zdjęcia znacząco różnią się od poprzednich przeze mnie publikowanych... To wina innego komputera, ustawień, itp. Mam nadzieję, że wszystko jest OK.