11 lipca 2012

Czytam, oglądam i... znowu czytam!

Biały prostokąt, mała mrugająca kreseczka. Siedzę przed monitorem. To znaczy udało mi się na chwilę usiąść i gorączkowo przywołuję myśli do porządku: - Prrrr! Stójcie! Nie zdążę was zapisać, jak tak będziecie pędzić!
Dzieje się wiele, choć pozornie nie dzieje się nic. Czyli jak zwykle. Gdybym miała teraz pisać jakąś naukową pracę, to niechybnie musiałoby to być coś w ten deseń: "Wpływ pogody na częstotliwość publikowania wpisów na blogu". A tak w skrócie, żeby jednak nie pisać 100 stron i nie musieć swojej teorii bronić w stresie i w garsonce - ma wpływ. A jeszcze jak po drodze zdarzają się wyjazdy... A potem niespodziewane odbieranie nadgodzin przez M. I na dodatek komputer w upały robi smutne: - Pyk! - i gaśnie... To właśnie robi się taka dziura między postami, która to szyderczo na mnie patrzy. Ta dziura. Patrzy i takie przeciągłe: - Pffff... - robi. Bezczelna.


Nie przedłużając. Na dobry początek powrotu do starych zwyczajów, czyli mniej więcej trzech postów tygodniowo, będzie o książce, o filmie, o pisarzu. Będzie o mnie. Dziś są moje imieniny, w prezencie daję sobie prawo do akapitów kilku na tematy okołoOlgowe.


O macierzyństwie - a to ci nowina - ostatnio czytałam (Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego, Joanna Woźniczko-Czeczott, Wydawnictwo Czarne). Czytałam i jakoś tak specjalnie się nie szokowałam ;) Ot, lekka lektura. Zmęczona odrobinę jestem tym odczarowanym macierzyństwem. Wiecie, tym "bez lukru". Może dlatego, że sporo już podobnych tekstów (tematyka) czytałam, a może przez to, że na własnej skórze doświadczyłam tych wszystkich emocji, frustracji, żalu. No macierzyństwa, ten tego, no :) Lubię sobie do mojego macierzyństwa wsypać jednak trochę cukru. Brązowego na przykład. Lubię pamiętać dobre dni, złe zapominam szybko. Dobrze jest. Mimo wszystko. Także czytałam lekko się uśmiechając i kiwając głową ze zrozumieniem. Moja mama czytała i się śmiała :) Jeden fragment tylko tu przytoczę, z dedykacją dla wszystkich wiedzących lepiej ;)
- Whatever works - mawia O., matka dwojga. - Macierzyństwo nauczyło mnie tolerancji - wyjaśnia. - Jeśli coś działa, jest dobre.
No bo spójrzmy na to wszystko bez biblii. Jedni noszą w chuście, inni nie. Cisiają lub śpiewają kołysanki. Jedni karmią piersią, inni z butli. A co tak naprawdę się liczy? Czy niemowlę jest wyspane, najedzone, zadowolone. Jeśli jest - to metoda działa. Whatever works. Zaufajmy.

A jak wybieracie filmy? Ja czasem idę ścieżką - za aktorami/aktorkami, których lubię i cenię. Tropem tym podążając, postanowiłam obejrzeć kolejny film z Michelle Williams. Padło na Take This Waltz (reż. Sarah Polley). I jak filmy oglądam raz, uznając, że tyle jest tytułów do obejrzenia, że szkoda czasu na powtórki, tak Take This Waltz widziałam już dwa razy. Kompozycja, zdjęcia, muzyka, tematyka - wszystko mi się podoba. Snuje się ten film, oj snuje! Nie każdemu się to spodoba. Ja nie mogę go z głowy wyrzucić! Kiedyś miałam tak z Closer (reż. Mike Nichols), Once (reż. John Carney), Sekretami (reż. Alice Nellis) czy Karmelem (reż. Nadine Labaki). Nie będę jakoś specjalnie Was zachęcać. Poczytajcie o Take This Waltz i sami zdecydujcie, czy w ogóle może Wam się spodobać tego typu film. 


Czytacie czasem fantasy? Baśnie? Albo przechodząc od razu do rzeczy - mówi Wam coś nazwisko Moers? Walter Moers? Dziś rano dostałam kolejną książkę jego autorstwa. I jak nigdy nie powiedziałabym, że jestem fanką fantasy, tak te książki lubię bardzo. Wpadła mi w oko recenzja pierwszej książki Moersa, która dumnie wypięła grzbiet na mojej półce (a było to Miasto Śniących Książek) - recenzja, która idealnie przedstawia także moje odczucia. Odsyłam tylko KLIK i znikam, zanim komputer zrobi smutne: - Pyk! - i zgaśnie ekran... :)

PS Zbiory okularowe nie moje :) Ale ładne stado, co? :) Zdjęcie z Take This Waltz pochodzi ze strony www.magpictures.com/takethiswaltz/