13 listopada 2012

O tym, że... jak to się zaczęło


W kuchni znajdujemy moje książki z biblioteki. Kolorowe strzępy, które po nich zostały. Winowajczyni nie okazuje skruchy, merda ogonem na nasz widok. Płaczę pół dnia, a drugie pół zbieram się na odwagę i walczę z wstydem. Pies zjadł mi książki. Kto mi uwierzy? Zabieram strzępy (i mamę!) i idę. W bibliotece za zniszczenie książek musimy wykupić cegiełki na zakup nowych. Wykupujmy, a ja wracam do domu z nowymi tytułami. Nigdy już nie zostawiam książek w pomieszczeniu, w którym śpi młody pies ;)

Cisza. Stoję przed biurkiem. Bibliotekarka w skupieniu wertuje kartoniki z nazwiskami wypożyczających. Jest. Z każdej, wybranej przeze mnie książki, wyciąga kartę. Stempluje datownikiem kartę, stempluje karteczkę przyczepioną z tyłu książki. - Książki wypożyczamy na miesiąc - mówi. Ja wciąż stoję, zapatrzona. Wtedy bardzo chciałam tam pracować, wertować te kartoniki, okładać książki w szary papier lub grubą folię. I czytać. Siedzieć w tej ciszy i czytać :) (później chciałam pracować w punkcie Totolotka i kleić banderolę do kuponów ;))

Pierwsze drzwi w prawo - biblioteka dla dzieci, a za długim korytarzem przeszklone drzwi do części dla dorosłych. Jak ja chciałam już chodzić do biblioteki dla dorosłych! Wyobrażałam sobie, że skoro literatura dla najmłodszych jest taka fascynująca, to co dopiero dzieje się za tamtymi tajemniczymi drzwiami... Tymczasem nawet bałam się tam zajrzeć. Po latach przestąpiłam ten próg jeden raz, drugi, trzeci, kolejny... Zawsze zostawałam długo i powoli chodziłam między regałami. Taki wybór! Z całego świata! :) Dziś tej biblioteki już nie ma, w tamtym miejscu był później sklep ze sprzętem AGD, teraz jest nieźle zaopatrzony lumpeks. Chodzę tam czasem, gdy jestem w rodzinnym mieście. Nie ma już korytarza i przeszklonych drzwi.


Zgubiłam kiedyś klucze. Mała dość byłam. To były czasy, gdy dziecko po prostu szło na podwórko. W mieście. Powłóczyć się tu i ówdzie, zrobić "widoczek" z denka od butelki i kilku sreberek po cukierkach, pograć w podchody. Zgubiłam te klucze i przeżywałam to dość długo. Rodzice dorobili nowe, a ja w końcu znalazłam stare. W książce z biblioteki. Zakładką moją były. Do dziś pamiętam, że był to tytuł: Jakubek i brzoskwinia olbrzymka (Roald Dahl).


Była też książka, którą zapamiętałam bynajmniej nie przez jej urodę. Pampuszek w Dolinie Zbiegów (Marta Tomaszewska, ilustracje: Ewa Satalecka) po prostu mnie... straszył! :) I nie pamiętam - czy ze względu na treść, czy przez ilustracje... Pewnie dziś inaczej spojrzałabym na ten tytuł, tyle że nigdzie nie mogę go znaleźć! Dobrze zapamiętałam jedynie format - kwadratowy, dość spory.

2001 roku studiowałam filologię polską. W przerwach międzysemestralnych, przed świętami i w każdą sobotę pracowałam w księgarni w moim rodzinnym mieście. Kupiłam sobie wtedy Nie Kończącą Się Historię (Michael Ende, Siedmioróg), która zachwyciła mnie - prócz zawartości, dużo lepszej od filmu - dwukolorową czcionką. Jak niewiele potrzebowałam wtedy, by zachwycić się książką! ;)

W moim domu zawsze były i będą książki. To tylko wycinek z masy moich książkowych wspomnień. Bo dziś chciałam coś o mnie. Dwa lata temu grzecznie dygnęłam w blogosferze*. Blog O tym, że... na początku wyglądał nieco inaczej - musiałam trochę poszukać najwygodniejszego miejsca, uklepać dobrze poduchę.
Dobrze mi z tym, że aktualnie najwięcej miejsca poświęcam książkom. Dobrze mi, że czasem wrzucę dla Was stadko zdjęć. Dobrze, że pojawiły się moje i ewkowe zabawy plastyczne, jakieś jej zabawki, pomysły na zabawę. Żałuję, że nie mam więcej czasu - na dopieszczenie zdjęć, na milion korekt tekstów. No ale nie mam, cóż poradzić...
Powtarzam zatem: - Dobrze jest! Dmucham dwie świeczki i uśmiecham się do Was. Stąd się uśmiecham.


* wcześniej przez kilka lat zamieszczałam kadry za pośrednictwem Fotologa, masa ludzi przyszła tu za mną? ze mną? do mnie? właśnie stamtąd :) dziękuję!

PS Pierwsze trzy akapity tego wpisu to moje biblioteczne wspomnienia, które jakiś czas temu wysłałam na konkurs organizowany przez wortal Ryms KLIK  Zdobyłam jedną z nagród wtedy :) Książkę, oczywiście! :)

(wszystkie zdjęcia z mojego archiwum)