25 kwietnia 2013

Było ich czterech...

Zadzwonił domofon. Poszłam otworzyć. Jeden z nich szybko wsunął stopę w szparę w drzwiach. Oblał mnie zimny pot. Nie zdołałam wydać dźwięku. Wtedy weszli do mojego domu. A było ich czterech...


Uwielbiam ich! Nie tylko ja :) Choć ta druga wielbicielka szybko wsadziła im walizki w dłoń. Chciała ich odesłać? Do domu? ;)



Komuś się chciało i doceniam to bardzo. Ktoś kupił, zapakował (Mistrzyni Detalu! przypinam order i biję brawo!), wysłał. Bo chciał. Pal licho wymiar materialny. Niech się goni. Uśmiecha mnie dziś myśl, że komuś się chciało... Dziękujemy! Naprawdę bardzo dziękujemy! :)



I tak oto Ewka otworzyła pierwszy urodzinowy prezent - miesiąc przed swoim świętem. Karton rozgrzebała, papier rozerwała. Wybuch entuzjazmu zmiótł falą uderzeniową wszystko, co było w zasięgu co najmniej jednej mili, po czym opadł. Gwałtownie bardzo. Ewkowe oko spoglądało w czeluść pakunku. Ewkowa ręka (z pomalowanym paznokciem, sztuk jeden) długo szukała czegoś, drapiąc po pustym kartonowym dnie. I ten ton. Niedowierzania i zwątpienia. I te spazmy czające się w gardle... - Alę mamo. Alę mamo! Nie ma pjezentu dla Tjamalka? ;) Nie dogodzisz, Droga Kaczko, nie dogodzisz...
Ale oto gwałtowny zwrot akcji. Jednak radość. Bo pjezenty, bo ujodziny! Jeszcze tylko kazała sobie zaśpiewać Sto lat! I zapytała, kiedy dostanie tort, raannyyy... ;)


PS To taki post-niespodzianka, który rozgościł się na blogu, mimo że nie był planowany :) No nie mogłam się powstrzymać! A jutro... Jutro zagramy w zielone!