24 maja 2013

Przed godziną ZERO

Może i KrólEwa jutro kończy trzy lata, ale nasza wspólna przygoda trwa nieco dłużej... Fragmenty mojego dziennika ciężarówki zamieszczam poniżej. Ostrzegam - dłużyzna! Bardziej dla mnie je zamieszczam, ale co tam, może i Wy chcecie poczytać. Choć sporo z Was zna te treści, prawda? :) Uciekam, trzymajcie kciuki za jutro!

PAŹDZIERNIK 2009
Na kawałku plastiku pojawiły się dwie różowe kreski. 1 października na USG pokazało się jajko sadzone. 7 października na ekranie widać już coś na kształt strączka z podłużną fasolką w środku. 2,18 cm. Czyż to nie olbrzym? ;)


Nie mam jakichś skomplikowanych zachcianek. Muszę tylko reagować na sygnały. Jeśli sygnał jest o treści Z I E M N I A K – to jem ziemniaka i tyle. Miałam okres, kiedy moją główną potrzeba był sen, teraz jest lepiej, śpię w normie. Obrzydza mnie myśl o oleju. Biały ser. Dobry biały ser. Cacy :)
Dlaczego mimo tego, zawsze chciałam chłopca, w mojej głowie są imiona tylko dla dziewczynek?

LISTOPAD 2009
Aktualnie orzechy. Biały ser jak na razie odszedł w zapomnienie. ORZECHY. Właściwie to mogłabym na śniadanie, obiad, podwieczorek i kolacje. Mieszanka studencka (oczywiście bez rodzynek, fuuuj) to jest to.

Nie to, że się wzruszyłam. Było mi radośnie. Leżałam i patrzyłam jak miniaturowy człek wierci się i macha w naszą stronę. M. stał i patrzył. A małe serduszko biło naprawdę szybko, choć według lekarza miarowo i w normie.

Migreny poszły precz, nudności brak, wzdęcie jakieś małe – czy ja w ogóle jestem w ciąży? :)


GRUDZIEŃ 2009
Jestem niedźwiedziem. Śpię. Śpię. Śpię. 12 godzin śpię. O 7.00 mam karmienie. M. przychodzi do niedźwiedzia i podsuwa pod nos kanapkę. Niedźwiedź je, sapie, opada na poduszki. Punkt 10.00 niedźwiedź otwiera oko i stwierdza, że może wstawać.

Kupiłam nowe witaminy dla ciężarówek i nie potrafię ich odkręcić... :D

Lekarz jest moim bożyszczem. Patrzy na monochromatyczny obraz plam, plamek, fal i kropek i wmawia nam, ze to dziecko! No dobra. Jak ultrasonograf ogarniał całość, to też widziałam główkę i okrągły brzuszek :) I rączkę. I nóżki. I raz widzieliśmy krewetkę z Dystryktu 9 :]

M. zrywa kartkę z kalendarza. Czyta: – Beniamin? Dariusz? Gabriela? Odpowiadam: – Nie. Nie. Nie.

STYCZEŃ 2010
Nie narzekam na ciążę. Nie ciąży mi ona za bardzo :) Choć daleka wciąż jestem od uduchowionego do niej podejścia, wciąż bardziej zdumiewa mnie fizjologia. Że we mnie, w środku, prócz pełnego żołądka jest bananowy człowiek.

PUK. PUK. (kto tam?) Bananowy człowiek :) Pierwszy raz miałam jasność: WIĘC TO JEST KOPNIĘCIE :)


Znowu zmierzyliśmy mu główkę, brzuszek i co ważniejsze kości, policzyliśmy nerki, żołądek i takie tam... Pomachał przez chwilę rączką, a drugą... Wsadził sobie miedzy nogi. Nie będzie podglądactwa, wy rodzice! Kolejna lekcja pokory :)

M. twierdzi, że skoro waży już 0,5 kg to nie można go nazywać bananem. Może bakłażan? Kabaczek? :) I tak nastał 25 tydzień ciąży. Zakładam, że gdzieś tam na dole są moje stopy. Widzę je, jeśli odpowiednio usiądę lub się położę.

LUTY 2010
Szkoła rodzenia. Osiem brzuchatych kobiet bawiących się lalkami w pampersach. Przystawianie do piersi. Gumowy lal nieco sztywny, nadzwyczaj cichy i niepokojąco nieruchomy ;) Jak dla mnie poziom abstrakcji – trochę wysoki. Absurdalny chichot ugrzązł mi gdzieś w gardle...

Jestem jedyną ciężarową w szkole rodzenia, która nie zna płci swojego lokatora. I im bliżej czwartego marca, czyli kolejnego badania USG, tym częściej myślę – kabaczku, a nie ujawniaj się... Zostańmy już do końca jajkiem niespodzianką.


MARZEC 2010
Zapamiętać – to że nie widzisz swojego podbrzusza, nie oznacza, ze ono zniknęło :] Po niezłym maratonie w rozpiętej kurtce, zobaczyłam swoje odbicie w lustrze... Moje podbrzusze prócz górnej części spodni i dolnej części bluzki zawierało: mąkę pszenną i razową, nieco wody, trochę zakwasu i inne resztki starte z kuchennego blatu. Zaklęłam szpetnie i zaczęłam skrobać po zastygłej mieszance karta bankomatową... :) Słowo daję, że z mojego brzucha wydobył się złośliwy chichot! ;)

Ewka!

0.29, 2.13, 4.10 – marsz pingwina w kierunku toalety. Po trzecim marszu usłyszałam najpierw cichutkie nucenie, a później śpiew pełną piersią. Dochodził z brzucha. A piosenka leciała tak: Jak dobrze wstać/Skoro świt/Jutrzenki blask/Duszkiem pić... Nananananananana... Ewka bębniła rytmicznie piąstkami o brzuch. Koniec spania, matka! :)

Ku pamięci chciałam odnotować, że funkcjonują w naszym domu dwa określenia na mnie w czasie dwupakowym. Mianowicie są to: księżniczka brzuchatka oraz wasza pękatość.


KWIECIEŃ 2010
Królowa jęczybuła. Nie podchodzić. Jestem dziś na NIE. I nie lubię dziś tak wielu rzeczy. Aktualnie najbardziej nie lubię mini-rozmówek związnych z ciąża. To chłopiec czy dziewczynka? To kiedy rozwiązanie? Długo jeszcze będziesz się męczyć? A badania robisz? Zobaczysz później. Później to się zacznie. Pogadamy później. ZOBACZYSZ. Ale masz brzuchol! Oho, przytyło się! Ciekawe jak sobie poradzisz... Jak wy sobie dacie rade? Teraz to sobie możesz mówić, a później się przekonasz. To będzie sajgon! Bedziesz biegać z termometrem po domu. Zimno u was. Macie małe mieszkanie. Jak się zmieścicie? Nie chcę cię straszyć, ale... Miałam ci nie mówić, ale...
Mam również dość kwadratowych i trójkątnych uśmiechów. Pytań, które nie czekają na odpowiedź. Frazesów. Gównianych rozmów o niczym. Rad, o które nie proszę. Prezentów, których nie chce.

I tak sobie myślę – istnieje przesąd, że kobieta, która nosi pod sercem córę – brzydnie. Że rzekomo córa zabiera jej urodę. [kwadratowym nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o przesądy to mój brzuch trzęsie się w gromkim HA HA HA] I tak w moim konkretnie przypadku to mogę: 1. (nieco nieskromnie) zakładać, że w takim razie jest to jednak chłopak ;) 2. trochę zmienić ten przesąd, a właściwie stworzyć nowy – córa w brzuchu zabiera matce szare komórki, logiczne myślenie i zdolność do koncentracji. Mam nadzieję, że jest to proces odwracalny... Bo... zaraz zaraz... O czym to ja chciałam... A, nie pamiętam :)


MAJ 2010
Codziennie śni mi się czekanie. W dzień czekam i w nocy czekam. Wczoraj czekając w dzień – szyłam. A ja nie szyję. Dziś czekając we śnie, piekłam rogaliki wg przepisu Ewy (nie tej z brzucha :)). Obudziłam się po 6.00, wlazłam pod prysznic (cóż to za cudowny wynalazek), zrobiłam nalot na lodówkę w poszukiwaniu składników na rogaliki i... Ciasto zagniecione i czeka na dalsze zabiegi :) Obym jutro nie śniła o czekaniu przy pieczeniu świni nad ogniskiem... Bo co ja wtedy zrobię? ;)

W nocy obudziła mnie burza i lekkie skurcze. Takie tam skurcze phi-proszę-cię-co-to-za-skurcze-niby. Poza tym jestem kwiatem lotosu na tafli wody.

No doprawdy. Zachowujecie się jak moja mama :)
[choć musielibyście prócz pytań: – Już? Już? – jakoś ekstremalnie mnie rozpieszczać, a do tego Wam jeszcze daleko. Popracujcie zatem nad sobą ;)]