1 maja 2013

24 Przedszkole - tu i tam - Irlandia

Zapraszam do lektury szóstego odcinka cyklu Przedszkole - tu i tam - oczami mam! O tym, jakie przedszkolne doświadczenia ma mama mieszkająca w Irlandii, opowie nam Sandra, mama Hani i Antosia, autorka bloga Eton Mess, stylistka - jej prace znajdziecie na profilu FB  Fashion Styling & Personal Shopping Sandra. Cały tekst oraz wszystkie zdjęcia - w tym przypadku zdjęcia zdjęć :) - są jej autorstwa. Sandro, bardzo Ci dziękuję za Twoją opowieść! :) Zapraszam do lektury o przedszkolnej drodze Hani...


Kiedy Hania skończyła dwa latka zaczęliśmy panikować: - Aaaa, przecież mieszkamy w Irlandii! Hania nie zna języka, co to będzie? Co to będzie? :) I wtedy pierwsza myśl, jaka się nasunęła to: przedszkole! Nie jesteśmy zwolennikami uczenia dziecka obcego języka na własną rękę lub też mówienia do dziecka (przez rodziców Polaków) po angielsku - woleliśmy, żeby to działo się naturalnie. I zależało nam, żeby w nauce obu języków była równowaga. Dwujęzyczność to jest to!

Rozpoczęliśmy poszukiwania przedszkola i... zaczęły się schody. Opieka przedszkolna w Irlandii jest stosunkowo droga, za pięć dni od godziny 7.00/8.00 do godziny 17.00/18.00  trzeba zapłacić około tysiąc euro. Wtedy zrezygnowaliśmy z tej opcji. Po pierwsze - nie pracowałam, po drugie - na świecie był już braciszek Hani i zwyczajnie nie byłoby nas na to stać. Dopiero kilka miesięcy później został ogłoszony nowy program dofinansowania do przedszkola, który zakładał, że każde dziecko w przedziale wiekowym: 3 lata i 2 miesiące do 4 lata i 7 miesięcy w roku, w którym będzie rozpoczynać edukację przedszkolną, ma prawo do trzech godzin darmowego przedszkola pięć dni w tygodniu przez jeden rok. Przeczekaliśmy więc rok, co nie oznacza, że się nudziłyśmy! :) W Irlandii, praktycznie w każdym mieście, działają tzw. playgroups - matki z dziećmi spotykają się raz lub dwa razy w tygodniu na 2-3 godziny i dzieciaki szaleją. U nas była to salka przy kościele, gdzie płaciłyśmy symboliczne dwa euro na owoce i soczek dla dzieci :) Dzięki temu Hania osłuchała się języka i myślę, że przygotowała psychicznie na przedszkole.



Poszukiwania przedszkola były szalone i właściwie przesądzone... Krótko przed momentem rozpoczęcia roku przedszkolnego przeprowadziliśmy się do innego miasta i trzeba było brać... to co zostało ;) Nadszedł upragniony wrzesień. Przedszkole nie było jakieś mega wypasione, stary budynek, zabawki też nie pierwszej nowości... W grupie było osiemnaścioro dzieciaków i codziennie było z nimi pięć opiekunek. Posiłki nie były przygotowywane w przedszkolu, tylko każde dziecko przynosiło sobie własny prowiant i wkładało każdego ranka do lodówki (na której wisiał wykaz rzeczy SUROWO zabronionych: chipsy, słodycze, słodkie napoje, kanapki z nutellą i tych, które są w lunchboxach mile widziane: owoce, woda, kanapki z wędliną, serem i warzywami, suszone owoce).


W przedszkolu, działo się bardzo dużo! Dzieciaki malowały, wyklejały, rysowały, biegały, ćwiczyły, tańczyły, śpiewały, przebierały się... Ale nie uczyły się literek, pisania, czytania, liczenia. Hania wracała z przedszkola szczęśliwa i zmęczona, chociaż były to tylko trzy godziny dziennie. Jedna Pani w przedszkolu była szczególna - Sarah, ona naprawdę dzieciaki kochała, codziennie rozmawiała z rodzicami choćby kilka minut, o tym - jakie dziecko dziś było, czy się smuciło, czy było grzeczne. Hania kochała ją jak własną ciocię :) Było kilka dni specjalnych i wyjątkowych, kiedy na przykład przedszkole odwiedził strażak lub budowlańcy. Dzieciaki były również dwa razy na farmie i prawie codziennie na pobliskim placu zabaw. Jeżeli chodzi o chorowanie w przedszkolu, co jest chyba największą zmorą rodziców, to troszkę się Hania nachorowała, niestety. W Irlandii, jeżeli dziecko ma gile zielone po sam pas i troszkę gorączkuje, ale ogólnie jest OK - to idzie do przedszkola, ba!, jeżeli mama zostawia rano antybiotyk Pani w przedszkolu, to też normalne, rodziców wzywa się, jeżeli jest już naprawdę źle. To co spodobało mi się w przedszkolu to to, że na samym początku Sarah powiedziała nam: - Proszę nie ubierajcie najlepszych rzeczy dzieciom do przedszkola, my lubimy się wybrudzić! :) Przecież nie od dziś wiadomo, że brudne dziecko to szczęśliwe dziecko.




Kiedy Hania skończyła przedszkole, rozumiała kiedy mówiono do niej po angielsku i potrafiła się porozumieć w stopniu komunikatywnym. Teraz jest w drugiej klasie szkoły i jej angielski jest fantastyczny! Pisze, czyta, mówi, jest najlepszą uczennicą w swojej klasie, w której są same dzieci, dla których angielski to pierwszy i jedyny język :) Wierze w to, że przedszkole dało jej naprawdę dużo i przygotowało idealnie na przygodę ze szkołą.



24 komentarze:

  1. podoba mi się ta opowieść! bardzo! wydaje mi się, że w każdym przedszkolu zaangażowane opiekunki to klucz do sukcesu. ani świetne warunki ani świetne atrakcje ich nie zdołają zastąpić:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo fajna opowiesc:) a jej autorka swietnie pokazala siebie i swoja rodzine w What we wore u Agatharuedelaprada! takze sledzimy i lubimy:) pozdrawiam Justyna

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję Ci z całego serca za ten post... Jesteśmy w podobnej sytuacji. Mieszkamy w Belfaście. Nina chodzi dwa razy w tygodniu do sure start programme + jeden raz na toddler group. Czytam jej jednak angielskie bajki. Poza tym nie mówię do niej w tym języku, bo nie jestem pewna, czy nie robię błędów... Nina rozróżnia doskonale języki... Kiedy idziemy na plac zabaw mówi do innych dzieci w jej własnym angielskim - plątanina dziwnych słów, nie mających znaczenia (mam nadzieję !! :D. Bardzo się boję jej pójścia do szkoły. W tym roku jeszcze się nie załapała, ale od przyszłego przysługuje jej pre-school. Gdzieniegdzie widzę, że piszą normalnie nursery... Mam nadzieję, że to jej da dużo, że pozwoli pewnie wystartować. Bo nie ukrywam, liczę, że podszkoli mnie w języku :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też bałam się robić błędów i uczyć dzieci złych nawyków językowych, doskonale Cię rozumiem ;) mam nadzieje, że moja opowieść uspokoiła Cię troszke, pozdrawiam!

      Usuń
  4. ciekawy wpis :) zreszta wszystkie są, z zainteresowaniem czytam opowieści innych rodziców, jako że sama też mam dziecko za granicą :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozytywnie :) My rowniez zdecydowalismy sie poslac dziecko do przedszkola, ze wzgledu na jezyk inny niz domowy ;)... Corcia jest z drugiej polowy roku wiec nie mogla jak jej troche wczensiejsi rowiesnicy rozpoczac przedszkola w programie ECCE. Postanowilismy wyslac ja na wlasna reke do pobliskiego przydomowego przedszkola irladzkiego - 2 razy w tyg po dwie godziny - placilismy 120e/ miesiecznie... Na tyle bylo nas stac poza tym ja siedzac w domku z mlodsza corcia nie czulam potrzeby "pozbywania" sie na dluzej mojej starszej corci... Zalezalo mi raczej na tym aby miala kontakt z rowiesnikami wlasnie w jezyku angielskim i spedzala milo i kreatywnie czas podczas szarych,deszczowych, zimowo - jesiennych miesiecy...Poczatkowe 2 tyg byly trudne bo corcia tak zwiazana z nami wolala zostac w domu niz "podbijac" przeszkole, w ktorym nikt nie rozumie co ona do nich mowi... Juz byla to bariera jezykowa mimo iz rozumiala co sie do niej mowi nie potrafila nic powiedziec choc po polsku byla juz wygadana... Jednak przekonala sie i zaczela otwierac na jezyk... Po czasie zaczynala mowic po polsku i wtracala wyrazy angielskie z czasem zaczela komunikowac sie tylko po angielsku mimo iz byly to tylko dwa dni w tyg po 3 godziny wystarczylo aby sie "wtrybila" ;) Teraz przylapuje ja jak bawiac sie w domu rozmawia sobie z lalkami po angielsku :) Od wrzenia zaczyna juz standardowy program ECCE czyli 5 dni w tyg po 3h + dokupilismy jej (120e) jeszcze codziennie jedna godzine z luchem i nauka skoncentrowana juz typowo na szkole... Zobaczymy jak sie tam odnajdzie bo musimy zmienic przedszkole ze wzgledu na przeprowadzke... Mysle jednak, ze juz pojdzie gladko i przyjemnie... bo jest mowa o new friends ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzieci niesamowicie szybko się przystosowują więc będzie dobrze ;) pozdrawiam i życzę powodzenia!

      Usuń
  6. Bardzo rozsadne podejscie do nauki jezyka obcego. A tylu rodzicow sili sie na rozmowy z dzieckiem w obcym jezyku, kaleczy, przemyca niepoprawna gramatyke.... a dziecko chlonie, chlonie... i potem ma problemy w szkole...
    U nas - w Niemczech - tez mozna przyprowadzac chore dzieci do przedszkola! Tylko jak faktycznie widac, ze sie slaniaja na nogach i sa nieszczesliwe, zostawia sie je w domu. Taki tam katar nikomu nie przeszkadza :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Swietny artykul, bardzo pozytywny i prawdziwy, tak szczerze to posród tych wszystkich zlych wypowiedzi na forach narzekajacych mam jest jak swiatelko w tunelu:)Az z tego entuzjazmu zarezerwowalam mojej dwu letniej córce miejsce w szkole. Pozdrawiam pozytywne mamy!!Aga

    OdpowiedzUsuń
  8. Czekałam bardzo na ten właśnie wpis o Irlandii. Dzięki, Sandra!

    OdpowiedzUsuń
  9. Kolejna porcja ciekawych informacji o przedszkolu :)

    OdpowiedzUsuń
  10. przyznam, że czekałam na 'opowieść' z Eire, żeby sprawdzić czy mam podobne doświadczenia :) W większości zgadzam się z tekstem oprócz dwóch rzeczy: nauki w przedszkolu oraz zielonych gili (gilów?).
    z moją starszą córką przerobiłyśmy dwa przedszkola, pierwsze całoetatowe, a drugie czterogodzinne. I w pierwszym i w drugim dzieciaki normalnie uczyły się literek, cyferek, prostych działań matematycznych. Przedszkola także miały swoją politykę jeżeli chodzi o choroby dzieci, fakt, ze zwykły katar czy lekki kaszel to nie były choroby, z reszta jestem tego samego zdania, ale nie można było przyprowadzić dziecka gdzie widać/słychać było, że coś jest nie tak. Z antybiotykiem też można było przyprowadzić ale dopiero po paru dniach jak lekarstwo zacznie działać. Teraz przerabiam kolejne przedszkole z moimi bliźniakami i jest praktycznie identycznie jak w poprzednich dwóch.
    Ogólny zarys jest podobny we wszystkich przedszkolach, ale dodatkowo każde z nich ma swoje własne procedury. Dlatego jeżeli jest możliwość to dobrze przed końcowym wyborem zrobić rundkę po wszystkich dostępnych. :)
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  11. Widać, że w każdym przedszkolu jest inaczej i dobrze :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Mieszkam w USA i rowniez chcemy poslac corke do przedszkola, ale dopiero rok przed pojsciem do szkoly, zeby miala czas na oswojenie sie z jezykiem angielskim. Mi raczej bardziej zalezy zeby nauczyla sie chociaz troche jezyka polskiego zanim "wsiaknie" calkowicie w angielski. Wielu rodzicow pisze, ze boi sie, ze dziecko uczac sie od rodzicow, zalapie bledy jezykowe. Wedlug mnie te obawy sa bezpodstawne, bo po rozpoczeciu nauki w szkole, w ciagu kilku miesiecy potencjalne bledy zostana "naprostowane", dzieci naprawde chlona nowe jezyki jak gabka.
    W opisie zaskoczyla mnie tylko jedna rzecz, mianowicie fakt podawania przez nauczycielki antybiotykow. Chyba juz za bardzo wsiaklam w tutejsza rzeczywistosc. Tutaj nie podadza dziecku zadnego lekarstwa, nawet sprzedawanego bez recepty, jest to w regulaminie kazdej placowki. Nawet zeby panie posmarowly dziecko filtrem przeciwslonecznym (przynoszonym przez rodzicow), trzeba wyrazic pisemna zgode. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez mieszkam w USA. Mimo ze dzieci mam juz duze, to bardzo podoba mi sie ten cykl o przedszkolach. I caly blog tez (odkrylam go dopiero dzisiaj!). Pisze, zeby sprostowac informacje o tutejszym podawaniu lekow dzieciom. Moje dzieciaki przeszly juz przez sporo placowek, wiec mysle, ze mam doswiadczenie ;) Tutaj dzieciom tez podaja leki, ale zawsze musi byc na to papierek, to znaczy notka podpisana przez lekarza. Nawet na leki bez recepty, np. przeciwbolowe. Z notka od lekarza nie ma problemu. Z tym, ze zajmuje sie tym pielegniarka i nawet starsze dzieci, ktore moglyby juz wziac lek samodzielnie musza isc do niej po kazda kolejna dawke. Czesto biora same po cichu, ale jest to traktowane jako wykroczenie. Nawet inhalator astmatyka musi byc podany za kazdym razem przez pielegniarke.

      Usuń
  13. Mam podobne doświadczenie, moja córka od drugiego roku życia chodzi do irlandzkiego przedszkola, teraz ma 4 i we wrześniu idzie do szkoły. Na początku Lena chodziła dwa razy w tygodniu na pól dnia, z czasem zaczęła chodzić na cały tydzień po pół dnia, co oczywiście było płatne, dopiero od września zeszłego roku chodzi na trzy godziny bezpłatne, do których my dopłacamy tak, aby mogła być w przedszkolu pięć godzin dziennie.
    Muszę przyznać, że jej angielski jest na wysokim poziomie, jako dwuletka została rzucona, na dość głęboką wodę, szybko sobie z tym poradziła, i cały czas nas zaskakuje.
    Co do samego przedszkola, Lena była najpierw w grupie tzw.toddler, gdzie było sporo zabawy ale także nauka prostych czynności jak dopaowywanie kształtów czy przelewanie wody z kubka do kubka oraz oddzielenie Fasolki od ryżu.
    Od września córka jest w grupie Montessori, gdzie jak nazwa wskazuje praktykuje się ten sposób nauki.
    Mhm, ogólnie jesteśmy zadowoleni zmprzedszkola, chociaż jest wiele zastrzeżeń, takich jak brak zróżnicowanych posiłków, nie dopilnowanie dziecka podczas pobytu w toalecie, wypuszczanie na dwór bez kurtek, czapek. Dzieci z gilami po pas to norma :)
    Irlandczycy mają inne podejście do wielu rzeczy, ten kto tu mieszka, zgodzi sie ze mną, że to co u nich jest normą w Polsce byłoby nie do przyjęcia. Dlatego nie analizuje i nie dziwię, że przy 10 stopniach Lenka jest na dworze bez czapki "zimny chów" , ot, tak tutaj mają :) a jak dziecko zachoruje, to na wszystko jest Calpol ;)

    Pozdrawiam wszystkie mamuśki w Irlandii i nie tylko!

    OdpowiedzUsuń
  14. Gratulacje dla Hanusi. Widac, ze z niej zdolna dziewczynka. Tez mi sie wydaje, ze to darmowe przedszkole pomoglo jej w zdobyciu zdolnosci jezykowych jak i umiejetnosci w zdobywaniu nowych znajomosci. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Super opowiesc..ciesze sie, ze na nia trafilam. Dzis odwiedzilam 2 przedszkola z mysla, ze z biegu zapisze mojego Antka (2 lata i 8 miesiecy) na kilka godzin w tygodniu platnego przedszkola, ale niestety wszystko od wrzesnia zajete.. Obawiam sie caly czas o jezyk angielski, bo mowimy w domu po polsku. Pani przedszkolanka w 1 z przedszkoli powiedziala mi, ze maja mieszanke narodowosciowa, ale mowia do dzieciakow po angielsku i nawet jesli jakies dziecko na poczatku nie mowi, to oslucha sie i ruszy po jakims czasie samo. Pokrzepiajace! Tak jak ta opowiesc! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo! :)