25 września 2013

Wakacyjna lektura

W każde święta było tak - przepastna szuflada wypełniona zdjęciami i albumami na stół i... Oglądanie! Małe, duże, w kolorach sepii, czarno-białe, kolorowe, ostre, ostre inaczej, z człowiekiem na tle pomnika, z drzewem, z ciocią, z braćmi, z dziadkiem. Całe mnóstwo zdjęć do obejrzenia. W każde święta. I nie, że ktoś mnie zmuszał, to ja byłam inicjatorką wyjęcia zdjęciowej szuflady. Lubię oglądać zdjęcia, cóż poradzić...



I pilnuję, segreguję, ograniczam, daję do wywołania. Bo przecież papier to nośnik najtrwalszy! Nie żaden dysk zewnętrzny, co mi spadł z biurka, płyty, których żywot zależy od tego, czy ktoś zrani ich gładką powierzchnię czy nie, komputer, któremu zdarza się źle poczuć i wymaga formatu z utratą danych. Papier! Można, można przechowywać zdjęcia w internecie, w różnych miejscach, wybierać chmury i tam eksportować zamrożone w kadrze chwile. Ale przyjemność z oglądania jakby mała... Bez tego szelestu, bez podawania sobie z rąk do rąk prostokątów wspomnień, nawet bez odcisków na błyszczącej powierzchni... Nawet! :)




I teraz, gdy wieczór jakby wcześniej lub choroba w domu zatrzyma - wystarczy ciepło się ubrać i zdjęcia wyjąć. Na przykład te z ostatniego lata. Westchnąć. Powspominać wszystkie przygody. Pokazać paluszkiem wszystkie osoby, które sprawiły, że wakacje były udane. Uśmiechnąć się. Odkryć, że oto jest w naszym domu książka, której główną bohaterką jest Ewka i jej wspaniały czas... :)



Jakiś czas temu dostałam propozycję od PRINTU., miałam sprawdzić, jak działa ich aplikacja do tworzenia fotoksiążki i jak wygląda produkt finalny. Sprawdziłam! Odmówić nie mogłam, bo nie dość, że zdjęcia (robić, wybierać, wywoływać) uwielbiam, to jeszcze... Nigdy nie projektowałam fotoksiążki, a w domu mam tylko albumy bardziej lub mniej tradycyjne i stosy zdjęć zamkniętych w kartonikach. Panie i Panowie, dziś premierowo - pierwsza fotoksiążka O tym, że... Temat: Wakacje 2013 :)



Wybrałam kwadratową książkę (30x30 cm), z twardą okładką z własnym nadrukiem (zdjęciem) i z matowymi stronami. Jeden dzień poświęciłam na wybór zdjęć i odpowiednie ich ułożenie na rozkładówkach. Nie bałam się dużych formatów (uwielbiam!), nie wciskałam ogromnej ilości zdjęć w każdy kącik. Po prostu dobrze się bawiłam przy tworzeniu naszej wakacyjnej opowieści :)
W kwestii formatów, okładek, cenników - odsyłam do PRINTU., ja napiszę tylko o kilku rzeczach, które sprawiają, że korzystanie z aplikacji jest przyjemnością. Po pierwsze primo - jak na XXI wiek przystało - zdjęcia można dodawać nie tylko z dysku komputera, ale i z albumów na FB, Naszej Klasie, Picasie lub Instagramie. Po drugie - lub po raz drugi po pierwsze - aplikacja jest prosta w obsłudze. Na poziomie tworzenia fotoksiążki nie tylko wybieram, jaki będzie układ kadrów na stronie, ale i mogę każde zdjęcie dodatkowo podrasować: wykadrować, odbić w pionie lub poziomie, dodać filtr. I po trzecie (po raz trzeci po pierwsze) jest taki malutki gadżet, który mnie kupuje... W edytorze, na dolnym pasku, mam podgląd, które zdjęcia już użyłam i ile razy. Niby nic, a dla mnie ważne. Bo zapominam, zwyczajnie zapominam, które zdjęcia były już użyte. A jak dodać możliwość dodawania tekstu, ramek, tła... Naprawdę dużo możliwości, serio :)


PRINTU.  //  BLOG  PRINTU.  //  FB

PS Wiem, że wśród czytających jest sporo osób, które tak jak ja cenią sobie oglądanie zdjęć na papierze, nie na ekranie monitora. I to do nich jest postscriptum :) Bądźcie czujni, bo w kolejnym poście konkurs...