14 października 2013

27 Debiutanci

Gabryś, Pola, Tymek, Olek, Hania i Ewa. Różne miejsca, rodzice, historie. Wspólny mianownik - debiut. Debiut w przedszkolu, debiut w grupie żłobkowej. Emocje małego człowieka, które przeplatają się z naszymi, rodzicielskimi, obawami, troskami, radością i dumą. Oto nasze historie...


1 września zbliżał się nieubłaganie. Gabryś codziennie przechodząc razem ze mną obok przedszkola pytał się: - Kiedy Mamo pójdziemy do przedszkola? Ja, jako mama maluszka rozpoczynającego przygodę z przedszkolem, byłam przerażona. Bóle brzucha jak przed maturą! Kilka dni adaptacji spowodowało, że obawy były jeszcze większe. Jak mój maleńki Synek poradzi sobie w tym „wielkim” świecie? Stało się. Idziemy. Gabek szczęśliwy, ja powtarzająca sobie mantrę: „Tylko spokojnie, nie rycz, nie rycz, nie rycz!”. Los nam sprzyjał, ponieważ moja koleżanka z przedszkolnych lat także ma córeczkę debiutantkę, a jak wiadomo w kupie raźniej... Gabryś wchodzi do szatni i się zaczyna. Widzę tą niepewność, ale dzielnie zakłada kapciochy i idziemy do sali. Panie go zapraszają , a on pomalutku wchodzi, odwraca się do mnie:
- Mamo, będziesz? - Syneczku, mama po ciebie przyjdzie. On biegnie do dzieci, a ja wracam. Nie zdążyłam dojść do schodów, kiedy usłyszałam jego głośny płacz i słowa: „Mamo nie zostawiaj mnie”. Wyłam całą drogę do domu. Cały dzień zaplanowałam tak, aby mieć wypełniony czas po brzegi, w końcu zajęta nie miałam czasu na myślenie. Pobiegłam po niego i co widzę? Moje dziecko z uśmiechem na twarzy bawi się w najlepsze! Pani mówią, że zjadł nawet dokładkę. Ale jak to? Przecież on nie cierpi jeść! Od tego czasu minął ponad miesiąc, sporo czasu spędziliśmy w domu kurując się po przedszkolnej wymianę zarazków Co czujemy dziś? Młody nadal nie pała entuzjazmem idąc do przedszkola, jednak przychodząc po niego, widzę te iskierki w oczach:) Robi ogromne postępy, tworzy piękne prace plastyczne! Większość moich obaw została rozwiana i najważniejsze, że on czuje się dobrze. Ma swoją ulubioną Ciocię, pokochał śliwki – taki właśnie ma obrazek w szatni przedszkolnej, tworzy piękne cuda, powoli zaczyna opowiadać o tym, co się dzieje w przedszkolu. Jestem dumna z mojego uroczego przedszkolaka, patrzę na niego i widzę małego chłopca, który ruszył właśnie w swoją nową nieodkrytą ścieżką życiową. Będzie pięknie i ja jestem o tym przekonana!


Odkąd Pola pojawiła się na świecie (a może nawet trochę wcześniej?) miałam jasną wizję naszej przyszłości. Ja wracam do pracy w momencie zakończenia urlopu macierzyńskiego, a kiedy Pola skończy 2,5 roku pójdzie do przedszkola. Wszystko układało się zgodnie z planem. Spełniałam się zawodowo, Babcia Poli spełniała się w roli babci przez siedem godzin na dobę, był też czas na bycie matką – tęskniącą do dziecka, biegnącą do niego każdego dnia najszybciej jak się tylko da. Układ idealny. Jednak z tyłu głowy cały czas była myśl: „To rozwiązanie tymczasowe, już niedługo Pola pójdzie do przedszkola”. Starałam się najlepiej, jak tylko mogłam, przygotować me Dziecię do nowej roli – do roli przedszkolaka. Rozmowy, książeczki, opowiadania – wszystko o przedszkolu.
Przyszedł ten dzień, kiedy „poszła Pola do przedszkola” :). Jeszcze dobrze nie weszliśmy do środka a już pojawił się bunt, że ona nie chce, nie ma ochoty, jej się tu nie podoba... Tydzień adaptacyjny nie pomógł. Pola nie potrafiła się zupełnie znaleźć w nowej sytuacji. Ani z mamą, ani bez mamy – każde zachęcenie ze strony Pani Wychowawczyni kończyło się odwróceniem głowy w druga stronę. Kiedy inne dzieci tańczyły, ona stała z boku i się przyglądała, kiedy dzieci rysowały, ona zaczynała tańczyć, kiedy dzieci rysowały, ona szła układać puzzle... Wtedy zdałam sobie sprawę, że to miejsce zupełnie nie jest dla niej stworzone,a ja na siłę chciałam ją tu zostawić, bo taki był mój plan. Zobaczyłam ją oczami wyobraźni – samą, zagubioną, która szuka jakiegoś wsparcia, a go znaleźć nie może, bo przecież Panie są tylko dwie, a dzieci prawie trzydzieści... I co z tego, że mi mówią, że „wszystkie dzieci na początku są zagubione i płaczą”. Co z tego? Mnie wszystkie dzieci nie interesują. Mnie interesuje moje dziecko, które ewidentnie nie chce tu być i chociaż nie krzyczy, nie rzuca się na podłogę, nie buntuje – to jej oczy proszą każdym spojrzeniem, aby jej tu nie zostawiać... Tak się zakończyła nasza przedszkolna przygoda... Być może kiedyś będziemy ją kontynuować, ale to Pola o tym zdecyduje, nie ja...
Paulina z Z widokiem na...


Z niemałym strachem, ale i wielkimi nadziejami puszczaliśmy Syna do przedszkola rok wcześniej. We wrześniu Tymek skończył dwa i pół roku. Podczas dni adaptacyjnych dziecko nasze rewelacyjnie zafunkcjonowało w grupie. Tymek pierwszy był do zabaw z paniami i chętnie wykonywał polecenia. Byliśmy więc pełni optymizmu, że aklimatyzacja przebiegnie gładko. Niestety, tuż po dwóch dniach spędzonych w placówce, Syn złapał wirusa i przez tydzień zmagaliśmy się z chorobą ocierając się o szpital. Tymek rozpoczął edukację nieco później i prawdziwy początek przedszkola dał się we znaki nam wszystkim. Syn urządzał histerie tuż po przekroczeniu progu placówki, płakał, krzyczał, prosił, nie chciał wejść do sali. Po kilku dniach postanowiliśmy wprowadzić w życie plan B i przestałam zaprowadzać Tymka do przedszkola ja, a zaczął to robić jego Tata. Plan ten przyniósł zamierzony efekt, gdyż dziecko przestało urządzać sceny, a cała akcja jechania do przedszkola stała się dla niego poniekąd frajdą. W ciągu pierwszych dwóch tygodni zdarzało się też Tymkowi zesiusiać, co było jawnym dowodem na to, że pobyt w przedszkolu przeżywa, gdyż w domu takie wpadki nie miały miejsca. Początkowo nie potrafił się podporządkować grupie, pani zgłaszała, że nie zawsze chce wykonywać polecenia. Największym jednak problemem było to, że nie je. Problem ten niestety istnieje do dziś – Syn będąc w placówce od 7.30 do 15.00 wypija tylko kompot i wodę, czasem kakao. Nic poza tym nie tknie , nawet zupy czy brokułów, które lubi, a na każdą propozycję zjedzenia jednego z posiłków odpowiada: - Nie, dziękuję. Tymczasem po ponad miesiącu spędzonym w przedszkolu Syn od rana woła: - Chcem ćećkola iść! Śpiewa poznane tam piosenki, recytuje wierszyki, przynosi prace. A my jesteśmy spokojni, że Tymek jest zadowolony. Mimo kilku zastrzeżeń lubimy Synowe przedszkole i cieszymy się, że przede wszystkim polubił je nasz Syn!
Karolina z Synkowo


Czerwiec. Decyzja podjęta, Olek idzie od września do przedszkola (właściwie to grupa żłobkowa). Zakupiłam odpowiednią książeczkę, co by Olkowi temat trochę przybliżyć. Codziennie po kilka razy ją czytaliśmy. Do tego doszła niezła dawka peanów, ochów i achów: - Nie przelewaj na dziecko swoich lęków! – powtarzałam sobie tryliard razy. No właśnie... z jednej strony bardzo się cieszyłam, że Olek będzie wśród dzieci, będą atrakcje, których nie ma w domu, nauczy się nowych piosenek i wierszyków, ale z drugiej strony bałam się, jak zniesie te pierwsze dni. Będzie tam SAM? Bez nas? A co jeśli mu się nie spodoba? A co jeśli będzie płakał? Te myśli miałam codziennie przed zaśnięciem... Bałam się.
Swój pierwszy dzień miał tydzień później niż inne dzieci, bo zachorował... Nieźle – pomyślałam sobie – jeszcze nie poszedł a już się zaczęło.
Przy śniadaniu rozmawialiśmy o przedszkolu, gdzie pójdzie, co będzie robił, że Tato go odwiezie a Mama z Julką zaraz po obiadku go odbiorą. Olek był uśmiechnięty i nie mógł się doczekać :) No i nadszedł ten moment... Olek stanął przy drzwiach, z plecakiem na plecach, posłał mi buziaka pomachał i wyszedł z Marcinem. Zamknęły się drzwi... A ja w ryk... No dawno się tak mocno nie poryczałam... Wszystkie emocje „przedszkolne” spłynęły. I tylko Julka jakoś tak dziwnie na mnie patrzyła ;) Zrobiłam sobie kawę i czekam... Czekam na telefon od Marcina, co i jak. Jest! – No jak tam Olek? – pytam. – No co? Super! Dał Pani rączkę i poszedł do sali – mówi Marcin. – Mój chłopczyk! – pomyślałam – dał radę! :)
I tak było pierwszego, i drugiego, i trzeciego dnia, i czwartego dnia... A później się Olo pochorował znowu. W sumie we wrześniu był osiem dni w przedszkolu, reszta to chorowanie... Tak to właśnie jest, byłam na to gotowa. Okazało się, że jestem Matką panikarą! A mój pierworodny syn jest mega mądry i dzielny i w ogóle jest najlepszy na całym świecie! A samo przedszkole? Krótko mówiąc słabe. Zero informacji zwrotnej, Panie niemrawe, kontakt rodzic – pedagog żaden, mocno zastanawimy się nad rezygnacją z tej placówki, ale to temat na innego posta...


Gdzieś we Wrocławiu, między blokami, stary budynek z niewielkim placem zabaw, na którego remont Pani Dyrektor zbiera pieniądze już dobrych kilka lat. Przedszkole chyba najzwyklejsze ze wszystkich, kolorowe sale, zabawki na półkach, szafki skrywające pomoce naukowe. Coś jednak sprawia, że dzieci wychodzą z niego z uśmiechem na ustach. Co? Moja starsza córka Zosia już wie, a młodsza Hania dopiero odkrywa tę tajemnicę. Kiedy w tym roku przyszedł czas wyboru przedszkola dla Hani wiedziałam, że tylko tam będzie jej najlepiej. Ona była debiutantką, dla nas – rodziców scenariusz znów się powtarzał. Byłam raczej spokojna. W końcu metodą obserwacji od dwóch lat uczyła się, gdzie powiesić kurtkę w szatni a gdzie odłożyć buty. Były rozmowy, opowieści przedszkolne i historie czytane w książkach. Miało być łatwiej. Ale nie było. Hania emocjonalnie nie udźwignęła momentu rozstania z rodzicem. To był dla nas wszystkich trudny miesiąc, przez cały pierwszy tydzień widziałam, jak mała iskierka która codziennie zapalała ogień radości zaraz po przebudzeniu, gasła natychmiast na sam dźwięk słowa „przedszkole”. Płacz, kurczowe trzymanie się rodzica i Pani zabierająca płaczące dziecko (to chyba był dla mnie najtrudniejszy moment, bo stałam tam rano i nie umiałam nic zrobić, Pani mówiąca do mnie, bym już zostawiła Hanię i poszła, Hanka trzymająco się kurczowo czego tylko się dało :ramion, nóg, ubrania… i moja bezsilność). Potem była ogromna tęsknota i Hania czekająca. Nie jadła, nie bawiła się z dziećmi, czekała przy oknie. Po pierwszym tygodniu zaczęłam się łamać, ale w końcu zobaczyłam światełko w tunelu. Wydarzył się cud i pewnego dnia moje dziecko było gadatliwe, opowiadało o domu, o papugach, zjadło na obiad dwie dokładki i bawiło się świetnie. I to był moment przełomowy. Dziś minął ponad miesiąc, przepleciony tygodniowym choróbskiem i widzę, że Hania po prostu potrzebowała więcej czasu by samemu zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. W tym przedszkolu będzie jej naprawdę dobrze, mimo iż nie jest idealne. Czy takie w ogóle istnieją?

Asia z Mamą i żoną być


Książki – rzecz jasna – czytaliśmy. Rozmów całą masę przeprowadziliśmy. O przedszkolu. Pierwszego dnia baliśmy się wszyscy, choć żadne z nas starało się tego nie okazywać. Nie trzymała się nas kurczowo, nie krzyczała, nie wyrywała się, nie płakała. Ubrała kapcie, powiesiła ręcznik w łazience i poszła. I choć z boku mogło to wyglądać na wzorową aklimatyzację, nas oszukać nie zdołała. Zdradziła ją drżąca broda, gdy przychodziliśmy po nią do przedszkola. Osowiałość w godzinach popołudniowych, wielkie zmęczenie. Starała się jak mogła, bohatersko przyjęła postawę dzielnego przedszkolaczka, ale my wiedzieliśmy, jak jest naprawdę. Cierpieliśmy razem z nią, milcząco, wspierająco. Patrzeliśmy na to jej pierwsze społeczne przystosowanie. Bo wciąż nie mogę powiedzieć, że Ewka przedszkole polubiła. Ona się przystosowała, zaakceptowała ten stan. Lubi niektóre koleżanki, bawi się z kolegami, ale przedszkole? Nie do końca. I gdybym jeszcze miała pewność, że to świetne miejsce, a jej potrzeba po prostu czasu... Ale nie mam. 
Czy tylko ja tak mam? Że postrzegam przedszkole w kategorii zestawu „czynności”? Te przygotowania do posiłków, zbiorowe mycie rąk, zatłoczona toaleta, pierwsze śniadanie, drugie, obiad i jeszcze nieszczęsne leżakowanie przed obiadem! Przebieranie się w piżamkę, ubieranie się. Czy zostaje czas na cokolwiek innego? Tak, zdaję sobie sprawę, że poprzeczkę zawiesiłam bardzo wysoko, ale mam wrażenie, że nikt nawet nie stara się odbić od ziemi. I mam jedno życzenie aktualnie – żebym musiała to za miesiąc „odszczekać”! Ależ byłoby świetnie! :) Tymczasem po trzech tygodniach przedszkolnej kariery Ewka zaczęła chorować i jak już zaczęła, to skończyć nie może. Nie ubolewa nad tym, że do przedszkola nie chodzi... I ja, mimo ogromu pracy, zawalania weekendów i zmęczenia, też nie jestem za bardzo nieszczęśliwa. To taki znak, że jeśli nadarzy się okazja – nadejdą zmiany. Jeśli nie w tym roku przedszkolnym, to w przyszłym. 
 Olga z O tym, że...

PS Dziękuję wszystkim za opowieści! I pytam - są tu jeszcze jacyś debiutanci? Możecie śmiało dzielić się swoimi opowieściami w komentarzach, zapraszam :)

27 komentarzy:

  1. Pierwsze dni w przedszkolu to trudny czas zarówno dla dzieci jak i dla rodziców....ja nie potrafię sobie wyobrazić momentu w którym Wiki pojdzie do przedszkola...jeszcze jest to dla mnie odległy czas....

    OdpowiedzUsuń
  2. Odpowiedzi
    1. było cholernie ciężko, ale daliśmy radę. Patrząc wstecz wiem, że to był dobry krok, Dziś Gabryś sam pobiegł z szatni , dając mi buziaka i krzycząc mamo idź pracować a ja się będę super bawił:)

      Usuń
  3. Mysmy dobiutowali, ale z pieciolatkiem :) Taki system szwajcarski. Co bylo prze to tylko rozrywka, co najwyzej dwa razy w tygodniu po 3h i gimnastyka z mama na dodatek, a teraz caly tydzien zajec.
    To bardziej zerowka niz przedszkole, ale tez zerowka nie do konca, bo ja w 0 uczylam sie czytac i pisac, a oni nie musza.
    Oni sie bawia, ich celem na koniec roku jest zgrac sie z innymi, nauczyc przegrywac, ubierac o ile sie nie umie i razem spedzac czas. I wiele innych.
    Franek poszedl zachwycony i zachwycony wraca. Nasze obawy po pierwszym dniu odplynely w sina dal.
    Sam chodzi do przedszkola i sam wraca. Znaczy sie bez rodzicow, a z kolezankami i kolegami.
    I ma mnostwo dodatkowych fajnych zajec.
    Mysmy nie mieli problemu z dostosowaniem go, a i on sam sie chcial dostosowac. Wlasnie przez wczesniejsze eskapady, gdzie moze chodzil bo musial, ale tez z checia. Dwa lata po troszku daly pozytywny rezultat, a jego zajecia cotygodniowe w lesie to byl strzal w dziesiatke. Nauczyly go "zycia". Po roku wrocil nam calkowicie zmieniony syn.
    Cieszy nas to niezmiernie, ze biega tam z usmiechem na ustach :)
    Pozdrawiam Edyta

    OdpowiedzUsuń
  4. nas też to kiedyś czeka.. ale faktycznie to "mamo, nie zostawiaj mnie" chyba nie pozowoliłoby mi iść po prostu do domu ::/

    OdpowiedzUsuń
  5. Przedszkole nie jest dla takich dzieci jak Ewa - zadbanych, oczytanych, nad wyraz rozwiniętych. Przedszkole jest dla tych dzieci, które nie mają tak wspaniałej mamy jak Ty, dla dzieci, które nie są bohaterami bloga. Dla nich przedszkole jest szansą, że poznają pewne piosenki, wierszyki, książki, że pójdą pierwszy raz do teatru, że wreszcie poznają przyjaciół , takich jak Ewa i jej Mama. Przedszkole musi równać do średniej, a Ty możesz poprzeczkę podnosić, albo tylko własnemu dziecku, albo realizując się w komitecie rodzicielskim.
    Rzeczywiście przedszkolna daily routine, szczególnie w przypadku malucha, może przerażać, ale potem będzie szkoła, potem praca... Nie wszystkich chyba akceptujesz w miejscu swojej pracy? Przedszkole ma jeden niebagatelny plus - uczy żyć w grupie, gdzie wszyscy są różni i każdy jest bohaterem - i księżniczki całe na różowo, i chłopiec tęskniący za swoją mamą, i Ewka-buntowniczka, która przeczytała najwięcej książek na świecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja właśnie tej myśli się kurczowo trzymam, że przedszkole uczy żyć w grupie i że to zaledwie początek... tak naprawdę to jest ten główny cel przedszkola, nie zajęcia dodatkowe, o które tyle szumu - grupa. takie to moje zdanie :)
      PS jestem w radzie rodziców, no jestem, tyle że czuję się jak kosmitka ;) ja najprawdopodobniej jestem kosmitką :D (dziękuję za miłe słowa!)

      Usuń
    2. świetne podsumowanie! ;) Olga, mój mały oczytany buntownik też przedszkola nie trawi, ale się przystosował... jest najb. oczytany, najlepiej maluje itp., ale chodzi, by się socjalizować... chorob sie boimy bardzo, wiec nieraz sobie wagarujemy :P pozdrawiamy, zdrowka!!!

      Usuń
    3. to chyba najlepsze podsumowanie kwestii - dziecko w przedszkolu czy dziecko z mamą - jakie kiedykolwiek przeczytałam...

      100 % prawdy

      Usuń
    4. a ja mimo wszystko wychodzę z założenia, że do socjalizacji nie potrzebne jest przedszkole/szkoła. to, że się przebywa w grupie, nie zawsze znaczy, że się z nią zsocjalizuje. I odwrotnie. Znam świetnie zsocjalizowane dzieci bez przedszkola i takie, którym przedszkole nie pomogło w socjalizacji. u nas po tygodniowym pobycie w żłobku powiedziałam: dość. mały powiedział: dość po pierwszym dniu [i moją porażką jest, że usłyszałam to po tygodniu dopiero, choć mówił głośno i wyraźnie]. i mimo, iż minęło już pół roku, skutki do tej pory odczuwam... każde dziecko jest inne [ale to oczywista oczywistość ;)]

      Usuń
  6. Staś miał w tym roku iść do przedszkola (ma 2,5 roku), ale się nie zdecydowałam. Byliśmy w dwóch przedszkolach i niestety żadne mi się nie podobało. Jedno było polecane przez okoliczne mamy, prywatne i strasznie drogie i co się okazało: dzieciom są włączane bajki w telewizji, dzieci są zmuszane do spania w dzień, a drugie śniadanie składa się z dwóch małych biszkopcików. Drugie przedszkole podobało mi się, dopóki nie wyszłam na plac zabaw. Gdy zobaczyłam połamane huśtawki i różne metalowe, zepsute konstrukcje, które były dawnej huśtawkami, to stwierdziłam, że dziecka tu nie zostawię. I tak siedzimy sobie w domu ja i Staś (babć nie mamy). A za rok zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Przedszkolny debiut przeżyliśmy przed rokiem..... początki nie były łatwe ...
    Po wakacyjnej przerwie Młody biegł do przedszkola jak na skrzydłach i to jest dla mnie najlepszy dowód jak bardzo lubi to miejsce,kolegów, panie ....i tak jest co rano a ja dzięki temu spokojnie idę do pracy :)
    Powodzenia dla wszystkich debiutujacych mam!!!

    OdpowiedzUsuń
  8. I pomyśleć, że jeszcze dziś rano o przedszkolu dla Jula myślałam...bo raźniej, ciekawiej wśród dzieci...a teraz, to chyba do 18-nastki z domu Go nie wypuszczę:D

    OdpowiedzUsuń
  9. Moje dzieci już dawno zaprawione są w boju. Julek miał 9 miesięcy, gdy "poszedł" do żłobka. Takie realia. Po żłobku przyszedł czas na przedszkole. Nie takie, które sobie upatrzyłam, ale takie, w którym znalazło się jeszcze miejsce. Obawiałam się tych pierwszych dni Julka w przedszkolu, kolejnych zmian, czy zostanie zrozumiany, czy będąc cichym chłopcem będzie w ogóle zauważony, gdy będzie mu źle, smutno... Ale dobrze się zaaklimatyzował, kilkoro dzieci ze żłobka znalazło się w tej samej grupie, co on. Tak na pewno łatwiej oswoić całą sytuację! Olga, wszystkie te "czynności", którymi się martwisz, zabierają mnóstwo czasu, zwłaszcza na początku. Zanim cała grupa będzie sprawnie działać minie trochę czasu, ale ostatecznie przecież znajdą czas na zabawę i poznawanie świata :)
    Moja córcia do żłobka zaczęła uczęszczać jeszcze wcześniej niż Julek. Ale każdego roku obawiałam się zmian (nowych pań, nowych sal). Okazuje się, że Hania świetnie sobie radzi z "przeprowadzkami". Teraz jest w ostatniej grupie żłobkowej, a za rok, mam nadzieję, dołączy do brata w przedszkolu. Obawy nadal pozostają. Dzieci tak lubią nas zaskakiwać, prawda? :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. My debiutowaliśmy już jakiś czas temu.. A wyglądało to tak Jula miała 2,5 poszła do przedszkola bo ja musiałam do pracy (babci nie mamy żadnej blisko) a poza tym Ona całą sobą potrzebowała kontaktu z dziećmi z rówieśnikami. Zaczęło się super, kilka dni przed rozpoczęciem roku poszłyśmy pooglądać przedszkole bez dzieci Jula pooglądała każdy zakamarek, swoją sale bardzo dokładnie każdą zabawkę każdy zakamarek. Pierwszego dnia przebrała się w drzwiach sali zatrzymała ale przeszła pewnie próg i dołączyła do zabawy. Ale Ona jest bardzo odważnym i śmiałym małym człowiekiem.. Odbieram córkę po południu a Panie Nauczycielki mi mówią że Jula razem z nimi pocieszała inne dzieci i tłumaczyła że mama wróci za chwilkę i przytulała i zabawiała.. byłam w szoku. Pierwsze tygodnie minęły bezbłędnie a kryzys przyszedł w trzecim tygodniu.. wtedy to ją trzeba było przytula i zapewniać że mama przyjdzie. Ale ja mam ogromne zaufanie do naszego przedszkola, nie jest idealne ale słucha rodzica i troszczy się o dzieci.. A dla mam wątpiących teraz po dwóch latach widzę ile przedszkole dało córce.. najważniejsze to grupa przyjaciół z którymi planuje podbić świat:) A z drugiej strony sama prowadzę zajęcia w przedszkolach i w większości jest naprawdę tak że jeśli dziecko jest smutne, tęskni to Pani przytula bierze na kolana czasami na kolanach ma całą gromadkę i wtedy robi się wesoło :) ważne to znaleźć przedszkole któremu można zaufać :):) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Każda historia inna, tak jak inne są dzieci. Każda jednak trudna jak nie dla dziecka to dla mamy. Co tu dużo pisać przecież przedszkolni debiutanci to jeszcze takie małe bąble a już wymaga się od nich by zostały bez osób które kochają najbardziej, zjadały posiłki, które czasem są dla nich zupełnie nowe w smaku, słuchały Pań, których nie znają i nie umieją przewidzieć ich reakcji a jeszcze na dodatek dogadały się z innymi dziećmi tak samo małymi jak oni. Ciężki temat to przedszkole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj bardzo ciężki...
      Szkoda tylko, że gdy niektóre dzieci są gotowe to trafiają do baaaardzo średnich placówek... tak jak w naszym przypadku...i ta praca, którą z Marcinem wykonaliśmy, żeby przygotować Ola do przedszkola, jest wykonana na marne.
      Bo to przedszkole, które miało być super miejscem, gdzie będzie mógł fajnie spędzić czas okazuje się być "przechowalnią" :(

      Usuń
  12. Ciekawy post! Czytając miałam nawet łzy w oczach, bo wyobrażałam sobie Amelindę. Niby tak uwielbia dzieci, jest przebojowa, otwarta, ale jak zareaguje na przedszkolny system? Mimo tego dojrzewam do myśli, żeby wkrótce posłać ją na kilka godzin 2 dni w tygodniu. Zobaczymy jak to będzie :)

    P.S. Też boję się chorób, ale widzę, że to chorowanie wcale na złe nie wychodzi obu stronom, hehe :P

    OdpowiedzUsuń
  13. Luśka też zadebiutowała we wrześniu. Pisałam trochę o jej żłobkowych początkach na blogu :) Pierwsze dwa tygodnie były niewesołe. Zaliczyliśmy i bunt i wrzaski i czepianie się ubrań... słabo było i ja się słabo czułam jako mama w tym okresie. Ale zacisnęliśmy zęby, bo obiecaliśmy sobie miesiąc na tzw. rozbieg. I po dwóch tygodniach nastąpił zwrot. Było znacznie, znacznie lepiej - do pierwszej choroby :) Teraz bujamy się od infekcji do infekcji i po każdej dłuższej przerwie powrót do żłobka jest problemem. Nie ma już płaczu i krzyków, bo otoczenie znajome, ale entuzjazmu też nie ma. Z opinii żłobkowych cioć wynika, że poza momentem rozstania, Luśka w żłobku bawi się dobrze. Je normalnie, śpi w czasie drzemki, uczestniczy w zabawach, śpiewa, tańczy... z dumą prezentuje swoje prace na żłobkowej wystawie :) Póki co jednak, nasze wrażenia są ciągle słodko-gorzkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie powiem, bym ja doświadczała słodyczy... za to Ewa doświadcza. nigdy wcześniej tyle słodkiego nie jadła :/

      Usuń
  14. Przedszkole takie jest, jacy są ludzie w nim pracujący. I naprawdę bardzo niewiele czasem trzeba, żeby dzieci polubiły i odnalazły się w tej nowej rzeczywistości i szlag mnie trafia, kiedy słyszę, jak panie potrafią uprzykrzyć dzieciom życie, "bo tak ma być i już". Moja córka jest typu "wypłoszek" - nie znosi, kiedy się ją dotyka, nie lubi, kiedy ktoś inicjuje z nią kontakt, gubi się w każdej sytuacji noszącej znamiona chaosu, panikuje, kiedy jest zbyt duży hałas wokół niej. A w swoim przedszkolu świetnie się odnalazła, kocha je całym sercem. Moja siostrzenica zupełnie odwrotny typ osobowości - bardzo otwarta, przebojowa, pogodna, niewiele rzeczy jej kiedykolwiek przeszkadza, łatwo wszystko przyjmuje, wszędzie się szybko odnajdywała, mała iskierka, "gwiadka rodzinna" - a z przedszkolem klapa, dziecko markotne, zgaszone. Różnica? Inne podejście pań. Moja córka trafiła na świetne - dobrze odczytują potrzeby dzieci i starają się ułatwiać im życie jak tylko mogą, potafią przearanżować salę, zorganizować cichy kącik dla dzieci, które tego potrzebują, potrafią wesprzeć dziecko, które nie chce czegoś tam. W przedszkolu siostrzenicy na odwrót - wszystko ma być wyrównane, na trzy cztery, tak, aby paniom było wygodniej. I dzieciom absolutnei nie wolno protestować. Są np. zmuszanie do leżakowania "leż i się nie ruszaj przez 1,5 h" - na prośbę siostry, żeby może mała przez ten czas posiedziała sobie po cichu z książkami, lub klockami, odpowiedź jest "absolutnie nie - wszystkie dzieci mają leżeć i już, jak pozwolę jednej to zaraz i inne będą chciały wstać". W naszym przedszkolu - dzieci się kładą na czytanie, ale te które nie zasną, to mogą wstać i coś robić "po cichu" i jakoś nikomu się krzywda nie dzieje.... I takich przykładów różnic w podejściu w różnych drobnych rzeczach mogłabym podać kilka tuzinów. I aż mnie w dołku ściska, że ta placówka ma taki duży wpływ na nasze dzieci - że może pomóc im się wspaniale rozwinąć, dodać pewności siebie i że może też w krótkim czasie stłamsić dziecko, zdusić 'iskierki w oczach'. (Siostra mi opowiedziała, jak któregoś razu przyszła wcześniej i zobaczyła swoje dziecko lezące bez ruchu na leżaczku i bezgłośnie płaczące - ciurkiem po obu policzkach łzy jak grochy.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam się! że ludzie, że wygoda wychowawczyń lub ich zwykła sympatia i chęć to podstawa. u nas raczej wygoda, niestety. ta sytuacja, którą opisałaś na końcu - żądza mordu by mi się włączyła, nie ukrywam, nie wiem, jak bym się zachowała na miejscu Twojej Siostry. co zrobiła? (bo jednak nie słyszałam o morderstwie w przedszkolu ;))

      Usuń
  15. Jestem nauczycielką przedszkola. Pracuję w przedszkolu, w którym codziennie słyszę "proszę pani,a kiedy wreszcie będziemy się mogli pobawić?". Nie wiem co się dzieje, pamiętam swoje przedszkole i wyglądało to zupełnie inaczej. Teraz jest jakaś masakra. Angielski, rytmika, tańce, szachy, basen, katecheza, gimnastyka ogólnorozwojowa, francuski, logopeda. A gdzie czas na zajęcia dydaktyczne? Gdzie czas na realizowanie podstawy programowej? I wreszcie, gdzie czas na zabawę? Na przebywanie dzieci razem, na wymyślanie, wcielanie się w role, postaci, zabawy w dom, w sklep? Jak pięciolatek może mieć napięty grafik niczym dorosły pracujący w korporacji? Jestem przerażona. Nie jestem jeszcze matką, wraz z mężem planujemy dziecko i tak się zastanawiam, co zrobię, kiedy przyjdzie ten ważny moment posłania dziecka do przedszkola?
    Nie chcę, żeby moje dziecko w dorosłym życiu miało wspomnienia pod tytułem "uczyłem się, uczyłem i jeszcze raz uczyłem, musiałem siedzieć cicho w kole bo się czegoś uczyłem".Przerażające jest to, że rodzice odbierający "moje" dzieci z przedszkola mówią "szybko szybko bo lecimy na angielski", "szybko szybko bo lecimy na piłkę". Trzymajcie się kochane mamy! Jestem z Wami i rozumiem wszelkie obawy:). Magda.

    OdpowiedzUsuń
  16. Swietny post - czyta sie, jak reportaz w gazecie. Przeczytalam z wielka przyjemnoscia. Sara zadebiutowala w nowym przedszkolu, ale to juz inna historia :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Przeczytałam z ciekawością ogromną!
    My debiutujemy w listopadzie jakoś w połowie a może w grudniu... Zobaczymy jak się wyrobimy
    Czuje taki wewnętrzny spokój, wiem, że juz czas, wiem też że mogę a nie musze oddać dziecko pod opiekę innych osób. To ważne...
    Jak będzie?
    Jakoś Mam nadzieję że wszyscy będą szczęśliwsi :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo! :)