12 czerwca 2014

Tik-tak, tik-tak...

Przy kalendarzu odrobinę się zawahałam. Czy głowę podnieść. Świadoma swojego zagubienia w czasie, już na początku ciąży oznaczyłam kolorową taśmą każdy kolejny tydzień zbliżający nas do Spotkania. Sobota - 37. Czyli niedziela to będzie już 37+1 tc. Tymczasem Wojtek, choć jeszcze w brzuchu, wyszarpuje sobie odrobinę przestrzeni w naszym mieszkaniu. Nie za wiele, bo przecież wie, jak jest. Na początek (z wewnętrznym łkaniem) pożegnałam moje biurko. Żałoba trwała krótko. Bo przecież na upartego bym te biurko gdzieś wcisnęła. Tyle że wtedy przestrzeń przypominałaby ciasny magazyn, a ja nie mogłabym złapać oddechu. Nie ma zatem biurka. Jest stół. Jest łóżeczko. Przyjedzie kołyska. (Wózek, wanienka, przewijak, pieluchy, pieluchy, pieluchy).


Otwieram oko i widzę. Oko. Oko widzę. Między jednym szczebelkiem i drugim. Zielone oko otoczone szarym futrem. Pan łóżeczka powrócił. Jeszcze tylko przewijak i będzie dwupiętrowa sypialnia. - I znowu się zacznie - zapewne myśli kot między jedną pięciogodzinną drzemką a drugą. Zapewne pamięta arie zaczynające się i kończące na: - Leeeee. Nocne pobudki. Próby głosu. Piski, gulgotanie. Raczkowanie. Raczkowanie zawsze w jedynym słusznym kierunku. Kierunku kota.


A torba wciąż nie spakowana. Elementy tej szpitalnej układanki już mam. Wszystkie. Nawet mam plan porodu, który właściwie powinien mieć tylko jeden punkt: dobrze urodzić. Tymczasem kartkę trzeba obrócić, żeby doczytać całość. Czy ktoś to w ogóle przeczyta? Paciorkowiec nie odnaleziony, wyniki (odkąd odrobinę zignorowałam łykanie witamin) jakby lepsze. A torba nie spakowana. Bo mam też taką głupią myśl, że jak się spakuję, to się może coś zacząć. A ja jeszcze kilka rzeczy mam do zrobienia. Choć ubranka - wyprane, wyprasowane, złożone. Choć duperele wyprawkowe w 99 proc. już zamieszkują szuflady, szafki, zakamarki. Trzymać się myśli, że jaka siostra, taki brat? Ją wołaliśmy i wołaliśmy. I łaskawie dała się poznać w 42 tygodniu. On też ma taki plan? Wie ktoś? Bo lekarz, po ostatnich oględzinach, zmienił zdanie. Raczej nie przenoszę.


A gdybyś, Wojtku, jednak okazał się dziewczynką... Dam Ci na imię Truskawka. Ewentualnie Rzodkiewka. Zważywszy na to, ile zjadam tych przysmaków, w Twoich żyłach płynie kompot truskawkowo-rzodkiewkowy.