31 lipca 2014

37 Wdech! Fu-fu-fu-fu wydech!


PATOLOGIA CIĄŻY. - Ta sączy, ta kurczy, a ta nic, przenoszona - zrelacjonował ordynatorowi dyżurujący lekarz. Ta, co nic - to ja, wiadomo. 2,5 doby, trzy łóżka, pięć różnych dziewczyn i historii, ja szósta. Była mama Julki, z którą liczyłam skurcze przez pół nocy i w końcu, gdy o 4.00 nikt nie przyszedł "słuchać brzuchów", poszłam zajrzeć do dyżurki, czy oby nie przegapiłyśmy jakiejś epidemii, i czy nie jesteśmy ostatnimi przedstawicielkami gatunku ludzkiego. Była też dojrzała kobieta, której dziecko przestało rosnąć kilka tygodni wcześniej. Po całym oddziale szukałam dla niej zmazywacza do paznokci, bo szykowali ją do szybkiej cesarki. Zaraz po niej przyjęli bardzo głośną blondynkę z bólem nerek. Żądała środków przeciwbólowych, później chciała silniejsze. Po drodze wyrzuciła z siebie mnóstwo przekleństw wyznała, że pięć razy rodziła, a cztery roniła, po czym... Nawiała ze szpitala. Tak po prostu. Wzięła i wyszła. Wydało się na obchodzie. Przy drzwiach - drobna blondynka. - Z podejrzeniem sączenia wód płodowych, podejrzeniem - upierał się lekarz. Gdy wstawała z łóżka wody zalały podłogę. - Ha! A nie mówiłam! - tryumfalnie wrzasnęła. I poszła rodzić. Jej miejsce, wczesnym rankiem, zajęła rudowłosa z zapłakanymi oczami. I nastała cisza. W końcu wyznała, że to 10 tydzień ciąży i że krwawi. Nie chciałam, nie chciałam usłyszeć jak jedna z położnych powiedziała do drugiej: - Ta z trójki poroni, mówię ci, poroni...



Odwiedziny są od 14.00 do 20.00. Ale nie dla mnie to odwiedziny. Dzieci do lat 12 mają zakaz wstępu. Umawiamy się poza oddziałem, przy windzie. Jemy na parapecie lody, chwilkę rozmawiamy, znudzona Ewka ciągnie M. na spacer. Przemierzam korytarze, dużo rozmawiam z innymi dziewczynami. Jedna nosi dziecko, które waży już ponad sześć kilogramów, a nie może mieć cesarskiego cięcia. Boi się. Nie dziwię się. Inna, moja rówieśniczka, wyznaje mi, że w przedszkolu wyciągali sobie smarki i robili z nich zegarki... Chichoczemy, długo nie możemy się uspokoić. Ogólnie jest raczej wesoło. Nie pytamy o imiona. I tak ulecą. Życzymy sobie wszystkiego dobrego, powodzenia... Pewnej nocy, przez otwarte okno wpada krzyk bólu. Na porodówce ktoś na chwilę otworzył i zamknął okno. Cisza i ten jeden krótki krzyk. Tak, wtedy byłam naprawdę wystraszona. I WSZYSTKO sobie przypomniałam.
- O 6.00 zabieramy panią na porodówkę, proszę się przygotować - usłyszałam od położnej chwilę przed 5.00  i momentalnie zżarła mnie trema. A może on by jeszcze w tym brzuchu posiedział? Skoro tyle już tam siedział...


BLOK PORODOWY. Sala słonecznikowa. Wolna od upałów, choć kolorystycznie bardzo ciepła. Z ogromną pomarańczową piłką, workiem sako, drabinkami, wanną. Nic tylko rodzić. Preindukcja nie pomogła. Czas na indukcję. Położna - proste włosy, koński ogon, ładna dziewczyna z perfekcyjnie namalowanymi na powiekach kreskami. Jest młoda. Bardzo młoda! Na tyle, że kołacze mi myśl, żeby zapytać ją o doświadczenie. Całe szczęście uznaję ten pomysł za głupi i świadczący o braku szacunku. Po prostu postanawiam jej zaufać. Przy wywiadzie rozmawiamy o zawodzie położnej, opowiadamy sobie anegdoty, śmiejemy się. Zbliża się 8.00. Dzwonię do M., żeby się zbierał. Wkrótce jest ze mną. Na początek koktajl z oksytocyny. Czytam Wysokie Obcasy Extra. Złote Przeboje w tle. Chodzę jak bocian. Szuram za sobą pompą, potykam się o nią, obijam sprzęty. Takie tam skurcze z gatunku żenujących. Minuta za minutą. NUDA. Drugi koktajl. Piłka. Skurcze nasilają się, gdy leżę. A tak chciałam być jak najdłużej w ruchu! No to leżę. Tylko ten zapis KTG... Wciąż plaskaty. Skurcze nie takie. A tu już 11.00. Przychodzi lekarka. Kolejny krok - przebicie pęcherza. Zaczyna się. Jedyny taki roller caster. Kto rodził - rozumie. Gdzieś między skurczami słucham: - Vamos a la playa. O-o-o-ooo. Vamos a la playa... I dociera do mnie, jaki to nieskomplikowany tekst :) Myślę też, że to dziwne analizować tekst piosenki między skurczami. M. opowiada mi o zestrzelonym samolocie. Przez ostatnie dwa dni byłam odcięta od wiadomości, od pozaciążowego świata. Badania, KTG, skurcze. Skurcze, skurcze. 



Bolało, oczywiście, że bolało. Ponownie myślałam, że umrę. Ale pamiętałam, że jednak nie umarłam, wtedy - 4 lata temu. Że nie warto krzyczeć i że prośba o pomoc też niewiele daje. - Pani Olgo, wdech i taki fuuuuuuuuuu - wydech - instruuje położna. - A teraz: wdech! I fu-fu-fu-fu wydech! I zaraz, jak będzie ochota, to przeć - słyszę. Różnie mi idzie, raz lepiej, raz gorzej. Spanikowana otwieram oczy. Widzę położną: - Pani Olgo, jestem tutaj i nigdzie się nie wybieram - mówi, a ja czuję, że właśnie tego zapewnienia potrzebowałam. Równocześnie słyszę ten straszny, straszny dźwięk. KTG zwalnia... Lekarka patrzy znacząco na położną. Doskonale zdaję sobie sprawę, że teraz to już muszę go urodzić. Właśnie teraz. 15.05. Jest.


POŁOŻNICTWO. Z sali porodowej przyjechał ze mną Wojciech i MOC. Nic, nigdy w życiu, nie sprawiło, że taką moc poczułam. Niedawno kopał mnie w prawy bok, teraz leży obok. Urodziłam go. Wciąż w to nie wierzę. Żałuję, że Ewa miała trudniej, przykro mi z tego powodu... Tymczasem - nowa sala i nowe dylematy. Wskakuję w sam środek rywalizacji. Kto miał krótszy poród, kto na jakim rozwarciu przyjechał, jak idzie karmienie, czyje dziecko więcej krzyczy. Uff, chcę do domu... :)

NOWORODKOWY. Krótki epizod. Fotel, na którym siedzę godzinami. I drugi, na którym siedzi dziewczyna ze smutnymi oczami. Dziś ma wypis, jej córka wraca do domu. Ale oczy wciąż smutne. Rozmawiamy. Mówię jej, że w domu czeka taka czterolatka i że to trudne, kolejny dzień tak dzielić. A ona, taka zamyślona, wyznaje: - Też bym miała starsze dziecko. Ale zmarł syn, zmarł w kanale rodnym. Skąd mogłam wiedzieć, co to jest zawał łożyska... Cisza. Taka ogromna cisza zapada. Słychać tylko piski aparatur, długo na siebie patrzymy. 

PODZIĘKOWANIA. Po pierwsze - Ewie. Nie byłoby tego porodu, tej siły, wiedzy i opanowania, gdyby nie ona. M. za to, że tam był i pomagał jak mógł. Mamie, dzięki której Ewa miała najlepszą opiekę podczas porodu. Bliskim, którzy oferowali pomoc i pomagali, gdy tylko zaszła taka potrzeba. Znajomym-nieznajomym, którzy wspierali, radzili, podtrzymywali na duchu, a to e-mailem, a to smsem. Położnej - Aleksandrze Basałydze ze Szpitala Miejskiego im. Franciszka Raszei w Poznaniu. Lekarce - Joannie Babik. I ogólnie ekipie ze Szpitala Raszei :) 

37 komentarzy:

  1. Ta sama sala porodowa, ta sama lekarka, ten sam koszmar zostawienia dziecka na noworodkowym, bo CRP za wysokie. Wszystko mam przed oczami.

    OdpowiedzUsuń
  2. no i dlaczego mi broda tak cholernie drży, co?

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj Olga, Ty to wiesz jak od rana zwilżyć oczy! Bartek w między czasie postanowił zapoznać się z pomarańczowym lakierem do paznokci i też rozpoczęliśmy poszukiwania zmywacza ;), by chwilę później powrócić do tej niezwykłej lektury i optymizmem i lekkim horrorem ujętej! Najważniejszy koniec, wzruszające i piękne to było! Dzięki Olg!

    OdpowiedzUsuń
  4. Przypomniałaś mi moj oddział patologii z przed czterech lat. Nic sie nie zmieniło.
    Najważniejsze ze Wojtek juz jest :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Poryczalam sie...noo..i sobie wsio przypomnialam jak to u mnie bylo...
    Ps. Czy Ty musisz tak pisac ze czlowieka zawsze scisnie?

    OdpowiedzUsuń
  6. Wzruszyłam się mega, ale właśnie tak jest szpital różne historie zwłaszcza jak byłaś na patologii najważniejsze że u Ciebie wszystko dobrze się skończyło. Ściskam ciepło i całuje Was!!

    OdpowiedzUsuń
  7. i się poryczałam! po trosze z każdego powodu...
    dobrze, że cali i zdrowi jesteście już w domu!
    słoneczne buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękny wpis!!! I tyle momentów, historii... Cieszę się, że to był dobry poród. Bardzo przypomina mi mój, no poza tym że Ty bez znieczulenia, ach! Wszystkiego Naj dla całej czwórki! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Pięknie ubrałaś w słowa tę kumulację szczęść i nieszczęść. Podziwiam, że ułożyłaś sobie to w głowie tak szybko, ja do dziś nie potrafię. Gratuluję i ściskam, i buziaczki dla W. ślę :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Otarłam łzę. Wróciłam myślami do własnego porodu, takiego w terminie, ale ciężkiego i samotnego. Spojrzałam na Fiołka - warto było przez to przejść. Dużo uśmiechu i zdrówka dla całej Twojej rodzinki ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. cudownie,że już dzidzia jest z Wami :* trzymajcie się ciepło ;*

    OdpowiedzUsuń
  12. Olga... i nie wiem co dalej napisać, jestem przerażona i wzruszona jednocześnie...

    OdpowiedzUsuń
  13. Uwielbiam Cie Olga! Pieknie ubralas to wszystko w slowa...
    Trzymajcie sie cieplo Kochani!

    OdpowiedzUsuń
  14. Mi wystarczył tylko jeden koktajl z oksytocyny. Przez 2 dni miałam "bez efektywne skurcze". To były najdłuższe dni mojego życia. Nie muszę Ci tłumaczyć, ile siły zostało mi na sam poród... Ech... I tak skończyło się CC. Gdy już zobaczyłam pierwszy raz moje Maleństwo, to zapomniałam o trudach porodu. Tak jakby mnie jakaś wróżka walnęła w łeb magiczną różdżką. ;-) Same gwiazdy. :-)
    Twoja relacja bardzo mnie wzruszyła i przypomniała moje wrażenia z sali porodowej.
    Dzięki Bogu, że Twój Synek, cały i zdrowy, już jest na świecie.
    Doceniam i dziękuję, że zdecydowałaś się podzielić z nami takim uroczystym momentem.
    Buźka

    OdpowiedzUsuń
  15. zaczęłam myślami wracać do moich dwóch porodów, jakże innych...łzy w oczach czytając co napisałaś :) jednak cud narodzin :)

    OdpowiedzUsuń
  16. fantastycznie, że wszystko dobrze się udało, że mały jest i że masz wokół tylu wspaniałych ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  17. jakoś tak zaczelam bardziej sie bac porodu :( pierwsza mialam cesarke.. drugi porod z poczatkiem pazdziernika/ koncem wrzesnia... ciezko mi sie o tym mysli :P

    OdpowiedzUsuń
  18. I przypomnialas mi moje starcia na porodowce i fu-fu-fu, ktore ciezko przychodzi i zgniaatanie reki chlopu, czkawke Ines i le- le Adama ( a wiesz ze le znaczy nie po arabsku ? ). Zapis KTG z drugiego porodu mam do dzis i jestem latwa w rozwieraniu juz po odrobinie oksytocyny...
    Pochlipalam sie czytajac. Buzka i gratki jeszcze raz :*

    OdpowiedzUsuń
  19. ty jak napiszesz to jakbym czytam jak powiesc najlepsza. Super styl masz, no i sie ciesze, ze Wojciech juz na tym swiecie pieknym! Tyle przygod go czeka z Ewka! buzka!

    OdpowiedzUsuń
  20. A ja miałam odwrotnie, poród w zasadzie normalny, ale z noworodkiem wylądowałam na patologii, bo w poniedziałek urodziło się tyle dzieci, że nie zmieściły się na oddziale. Matki też. Jak leżałam na pooperacyjnej, to chcieli nam jednego podrzucić, bo nawet na patologii się nie mieściły, ale pielęgniarka posłała ich na drzewo. Ciekawe gdzie go upchnęli. Na patologii leżałam tydzień, na szczęście tylko w dwójce, z trzema innymi mamami (dwa naturalne, jedna cc). Ja zalegałam, one wychodziły do domu. Na szczęście po tygodniu nas wypisali.

    OdpowiedzUsuń
  21. To jest świetny wpis! Piękna Wasza historia. Aż mi się zachciało moją spisać, dla potomnych. Tylko musiałabym te skrawki w pamięci pozbierać...

    OdpowiedzUsuń
  22. Gratuluję! Cieszę się, że udało się naturalnie i że poczucie humoru Cię nie opuściło ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Gratulacje. Super, że możecie być już w czwórkę w domku (plus kot) i cieszyć się sobą.

    Ja to wolę swojego porodu nie wspominać. Chyba leżenie w szpitalu jest najgorsze. Ja przy córeczce byłam 3 razy łącznie coś ponad 20 dni. Widziałam i słyszałam różne historię. Szpital jak z PRLu jednak położne i lekarze cudowni (prawie 100 porodów na miesiąc) . Tacy którym się chce. Nie było problemu z niezapowiedzianą cesarką (do tej pory mnie dziwi że gdzie indziej urasta to do tragedii). Pamiętam do tej pory jak lekarka ściągnięta z domu biegła by asystować (tak w Polsce). Jej rozwiane włosy, torebka pod pachą. Widziałam i byłam pewna, że szpital nie tworzą ładnie pomalowane ściany tylko ludzie którzy w nim pracują. Pamiętam te słowa otuchu co krążyły między ciężarnymi i tymi co urodziły. To podnoszenie na duchu. Pamiętam, że w 7 minut od stwierdzenia pępowiny na szyi można zmienić trakt porodowy na blok operacyjny - dziewczyna podpisywała papiery w locie (śliczna dziewczynka miała także rączkę i nóżkę owiniętą). Pamiętam, że od wjechania na blok porodowy i zapalenia lampki po około 23 minutach wyjeżdza dziecko. Pamiętam, że często kobiety nie są świadome skurczów partych (nawet te co już rodziły). Pamiętam, że mężczyźni to powinni się niekiedy ugryźć w język, bo pytanie "naprawdę Cię boli kochanie?" może spowodować śmiech na sali (z 9 kobiet) i warczenie rodzącej. Pamiętam, że niby krzyk jest nieefektywny ale bardzo pomaga. Pamiętam, że bóli krzyżowych nikomu nie życzę. Pamiętam, że gdyby nie położne to nie wiem jakbym dała radę. W głowie paliła się lampka: uciekaj. Do tej pory zastanawiam się ile oddziałów odwiedziły, żeby znaleźć żelowy termofor.

    Pamiętam, że niepewność jest najgorsza. Pamiętam, że na niektóre łzy nie ma pocieszenia. Pamiętam, że czekanie na wzrost Beta HCG może być jednocześnie szczytem nadziei i rozpaczy.

    Ps. Coś mi się udzieliła choroba niepublikowanych postów ;)

    OdpowiedzUsuń
  24. Jej.. u nas na dniach... uzmysłowiłaś mi sedno - krzyk i prośba o pomoc nie pomogą - muszę wytrwac! Ale chciałabym trafić na położną Anioła, która powie, że jest ptrzy mnie i że dam radę ten kolejny raz...
    Dobrze, że Wojtuś jest...

    OdpowiedzUsuń

  25. Rozwaliłaś mnie, niemożliwie, punkt po punkcie przywołując wspomnieniena, chodź mineły 3 lata od jedynego pobytu na porodówce. Chlipię i dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  26. Ty to tak opisujesz pięknie a ja mam oczy mokre:)

    OdpowiedzUsuń
  27. ślicznie opisane i przez takie posty po raz kolejny zaczynam myśleć, że ja też chce, jeszcze raz, czuć te małe stópki pod żebrami, a potem to przytulanie zaraz po urodzeniu...

    OdpowiedzUsuń
  28. Ależ mi wróciły wspomnienia... te dobre i te mniej... ale wszystkie są potrzebne, bo każde z nich kształtuje nasze przyszłe życie

    OdpowiedzUsuń
  29. no dobra to ryczymy wszystkie :)))) Gratuluję i pozdrawiam cieplutko całą 4 !!

    OdpowiedzUsuń
  30. nadrabiam zaległości :) brawo dzielna Kobietko! :) pięknie to wszystko ujęłaś...jak zwykle! powodzenia dalej :*

    OdpowiedzUsuń
  31. Piękne! :)

    Mi się ktoś ciągle pyta,czy napiszę, kiedy o patologii ciąży. Ale mam pewne opory.

    OdpowiedzUsuń
  32. Trafiłam właśnie do ciebie od powyżej Matki Prezesa <3
    Jestem mamą córeczki i zostanie tak za pewne, bo mój pierwszy poród był straszny i czułam się po nim jak rzucona w maszynkę do mielenia mięsa.

    Ale czytam o twoim drugim porodzie, piękny i zazdroszczę. I jednocześnie bardzo się cieszę, że miałaś szansę zastąpić złe wspomnie tymi.
    Sama zamieszkałam na patologii ciąży na miesiąc i też mam mnóstwo takich historyjek w pamięci.
    Fajny wpis.
    dodaje do czytelni <3

    OdpowiedzUsuń
  33. ta sama lekarka ta sama sala słonecznikowa tylko ja rodziłam w kwietniu 2013 roku moją kochaną Zosię:):) piękne wspomnienia choć też miałam wizję śmierci z bólu;P

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo! :)