12 lipca 2014

35 WSTĘP


Na liczniku 41 tygodni i 3 dni ciąży. Piątek. Rano nie jestem pewna, czy to sączą się wody płodowe, czy wszystko dobrze, jestem niespokojna. Chyba nie chcę czekać do poniedziałku. Spokojnie dopakowuję brakujące rzeczy do torby i jedziemy. Bolesne badanie, dodatkowe USG, które wprowadza zamęt w temacie wielkości dziecka. Lekarz się waha. - Wszystko w porządku, ale skoro już pani jest - położymy panią na oddziale - mówi. Wypełniam ankietę, podpisuję masę papierów, dostaję łóżko na patologii ciąży. I obiad. Bo zrobiła się 13.00. To ponad cztery lata temu było. W moim brzuchu siedziała Ewka, która w ogóle nie spieszyła się z wyjściem.
Na łóżkach obok wciąż zmieniały się pacjentki. Często były przyjmowane na kilka godzin, na obserwację, najwięcej było tych, u których za wcześnie zaczęły się skurcze. O ironio! Ja czekałam na choć jeden, one błagały, by się skończyły, bo to nie jest dobry czas... Po kilku godzinach były wypisywane i odsyłane do domu z receptą. Miałam szczęście. Ominęły mnie dramaty, ciężkie przypadki, morza łez. Sympatyczne rozmowy, bardzo wiele bardzo różnych nawoływań: - Ewka! Wychodź! Minęła sobota, minęła niedziela... Całymi dniami, z przerwami na lekki sen, posiłki i badania - chodziłam. Po schodach, po korytarzach, po szpitalnym spacerniaku. Snułam się wte i wewte. Szczególnie drogę do kawiarni sobie upodobałam. Tam były lody na patyku ;) Pielęgniarki, położne, pacjentki z innych sal... - Ewka! Wychodź! A ona nic.
Zapis KTG. Czynność serca Ewy - w normie, czynność skurczowa macicy - żadna. Płaski jak stół wykres. - O, o! Niech pani zobaczy, coś tu drgnęło! - pokazywałam pielęgniarce płaski wykres z jednym malutkim ząbkiem. A ona śmiała się w głos jeszcze na korytarzu. Skończył się weekend, wrócił ordynator. Wszedł do sali, zmarszczył czoło na mój widok: - Jeszcze pani nie urodziła. No to dzisiaj pani urodzi - powiedział i wyszedł. Trochę się pomylił. Nie urodziłam w poniedziałek. Od trzech godzin i trzynastu minut był wtorek. 41+6 tc.


Nie wiem, jak to jest, jak gwałtownie odchodzą wody. Nie wiem, jak czeka się w domu, liczy skurcze, i zastanawia, czy już pora do szpitala. Ja tam byłam. Nic nie zaczęło się "samo". Przy Ewce. Wszystko wskazuje na to, że i z Wojtek nie chce opuszczać swojego M1. A już powoli pora... Czyżby znowu wywoływanie? To może, jak już jestem "na ostatnich nogach", macie ochotę powspominać, jak to się zaczęło u Was? Pędziłyście do szpitala? Wody odeszły Wam w tramwaju? Podczas jakiej czynności zaczęły się Wam regularne skurcze? Nie zmuszam, nie wyciągam na siłę intymnych szczegółów, ale może macie ochotę opisać Wasz WSTĘP do porodu? ;)


35 komentarzy:

  1. O 12.00 na wizyte kontrolna .
    Lekarz ze zdziwieniem liczył na palcach ze to juz 41 i 5 dzień .
    Skierowanie na oddział .
    14.00 na oddziale Ktg jakies papierki (z nerwów , stresu nie pamietam wiecej) :)
    16.00 wywoływanie - kroplówka
    17-20.00 nic sie nie dzieje - ale jak to ... zadnych bóli ... wód ... a macica gotowa
    kroplówka nie chce sie sączyć .
    Za plecami słyszę lekarza jak rozmawia z położną .
    Ona musi dziś urodzić a jak nie to cesarka ...
    No tak odrazu za telefon , dzwonie do M . "Chyba nici z porodu rodzinnego- nic sie nie dzieje bedzie cesarka"
    Cała zdenerwowana bo tak bardzo chcialam naturalnie ...
    21.00 Przechodze do pokoju z piłkami - troszke ćwiczeń - kroplówka leci jak szalona .
    21.30 Są ! Skurcze zaczęło sie :)
    Teraz szybka akcja :
    22.00 ................
    JEST ! udało się ! Jesteś moje maleństwo !

    OdpowiedzUsuń
  2. Godzina ok 23:30. Konczymy z małżem jakiś film a ja odczuwam lekki głód. "E nie jem już, za późno. Przecież i tak dziś nie urodzę". Zasypiam. 1.15 budzi mnie skurcz. 5 minut później mam 2. Kolejnych 5 minut trzeci skurcz. IDE pod prysznic i z ulgą stwierdzam, ze minęło i ze mogę nadal spać bo padam na twarz. W połowie drogi do drzwi zginam się
    W pół. Budze Ślubnego, ze to chyba już, ale ociagam się z wyjściem z domu. Do szpitala trafiamy przed 3 w nocy - 4 cm rozwarcia, porodówka, 6:15 po wszystkim... A ja byłam tak głodna...i jeszcze wodę w domu zostawiłam....trzeba było się najeść o tej 23:30 :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja to troszkę Ci zazdroszczę:)) Bo Miesio z kolei spieszył się ogromnie, torpeda mala! Pierwszy raz na porodówce wylądowaliśmy w 23tyg. Potem się trochę sytuacja uspokoiła,, choć pobyty w szpitalu - często, gęsto. Miesio miał się urodzić ok 10 czerwca. 10 maja lekarz mówil, ze to będzie już, za chwilę. Nie docierało to do mnie. 12 - tego maja wpadłam w szał. Organizowania. Pakowania. Jeży nad łożeczkiem malowania. " chyba jutro nam nie urodzisz? W piątek 13-tego?"- dopytywala przez telefon mama. Nie, przecież jeszcze tytule czasu... Spala u nas moja przyjaciółka, rozmawiałyśmy do północy. Poszlismy spac. O 1 w nocy odeszly mi wody ( w ilościach jak na filmie) i po 17 trudnych godzinach urodził się Mieszko. W piątek 13-tego maja.

    OdpowiedzUsuń
  4. 1 lipec trzy lata wstecz...obudzily mnie o 4ej nad ranem bole brzucha..skurcze..wtedy nie wiedzialam jeszcze ze to one...ale nic sobie z tego nie robilam..zjadlam śniadanie, odbieralam tel odpisywalam na smsy. Byly wtedy moje 27urodziny...Wiki miala przyjsc na swiat za 10 dni...ale bole bylybcoraz czestsze.regularne..dzwonie po męża..minela godzina zanim przyjechał..szybka droga do szpitala...od razu na porodowke..40min i po wszystkim....rok i 8m-cy pozniej powtorka..ale mniej nerwowwa..na spokojnie kdwozimy Wike do rodziny..jedziemy do szpitala..jest 19ta dnia 7marca...skurcze co 30min..ale.znam siebie wiem ze pojdzie szybko..i chociaz nikt w to nie wiezyl urodzilam Franulka 5min przed polnoca. W szpitalu dostalam przydomek Blyskawica...;p

    OdpowiedzUsuń
  5. Mój początek znasz :) Ale tak dla ścisłości zaczęło się od skurczy w poniedziałek koło 16, co 10-20 min. A potem wariowało, co 5 minut, co 3 minuty, co 15 minut. Istne wariactwo :) Rozkręciło się dopiero w środę po masażu szyjki i wtedy już były regularne co 5 minut. Holenderskie położne od tego momentu liczą, że się zaczęło :) A wcześniej chodziłam i czytała książki, spać nie mogłam z emocji. Teraz już wiem, że przy tych pierwszych skurczach najlepiej iść spać, bo potem się zacznie :) A dalej to wiesz- na blogu :) Buzia, wciąż o Was myślę :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Moje dziecię też się nie spieszyło na ten świat, urodziłam 10 dni po terminie, po 2 wywoływaniach i ZERO reakcji ze strony dziecka, okazało się, że tętno małej spada i ordynator zadecydował o cesarce. Zadecydował o 9.40, Mała o 10.15 była na tym świecie :) Nawet Tatuś zdążył dojechać na kangurowanie. Córeczka urodziła się w Mikołajki - dzień po urodzinach Taty :)

    OdpowiedzUsuń
  7. niedługo mija rocznica tego mojego i jagulinowego dnia. Rano...a była wtedy sobota ;) rozpoczęły się regularne skurcze co 5 minut! i skubańcze przeszkadzały mi czytać Jeżycjadę, którą powtarzałam sobie po raz setny w ramach relaksu. Mój mąż robił zaprawy- ogórki kiszone i stwierdził że skończyły się słoiki- wyprawa do sklepu zaburzyła historie porodowe, ale przy kasie w kolejce ze dwa skurcze się złapały ;P było to DOŚĆ zabawne hhihihihih w końcu po całym dniu turlania się o 17.00 postanowiłam że jednak jedziemy do szpitala...zdziwiony mąż z nad zlewu pełnego ogórów powiedział 'ehhh jednak?" i pojechaliśmy. tam wszystko się popsuło skurcze ustały a panie położne powiedziały że "za dobrze wyglądam na poród" dziękuję ach dziękuję...potem jakoś poszło a Jagna mnie nie zawiodła i o 21.24 pojawiła się na świcie. ;P Jeżycjadę skończyłam podczas karmień ;D a na spacerach przydały się audiobooki :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Na wizycie kontrolnej, lekarz mówi mi, że mam rozwarcie na 2 cm i akcja porodowa może zacząć się w każdej chwili. Idę do domu i czekam. Czekam tak jeszcze kilka dni !!! i około godz. 23.30 zaczynają sączyć mi wody płodowe-po kropelce. Skurczów brak, więc czekam jeszcze chwilkę. Wstając z łóżka na czworaka, bo tylko tak byłam w stanie z ogromnym brzuchem, wody płodowe ze mnie chlusnęły tak mocno, że aż nawet na ścianie były ;-) Nie wiem czy to był szok, ale zamiast dzwonić po karetkę, pobiegłam do łazienki i zaczęłam wszystko ścierać mopem...hihi :-) Dopiero wtedy zadzwoniłam. Mąż akurat na nocnej zmianie był, więc sama jakoś musiałam poradzić ze wszystkim. W szpitalu zaczęły się skurcze, a wody płodowe co jakiś czas ze mnie wypływały. Miałam ich strasznie dużo :-) Rodziłam pół nocy i nad ranem okazało się, że Bartoszek utknął. Mam zwężoną miednicę i już na początku akcji porodowej było raczej pewne, że nie urodzę siłami natury. Jednak położne i lekarze dali mi szansę, żebym spróbowała. Nie udało się...i nawet mogło to się dla dziecka źle skończyć, ale wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. O 8.30 urodził się Bartoszek przez cesarskie cięcie. Ja byłam usypiana do zabiegu i najbardziej żałuję tego, że go nie widziałam zaraz po przyjściu na świat. Dopiero kilka godzin po, jak mnie wybudzili.
    Cieplutko pozdrawiam i trzymam kciuki. Aga

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę Ci trochę bo ja nie wiem, co to są skurcze, czy odejście wód. Do szpitala trafiłam niespełna 4tyg przed terminem, bo Mateusz za mało przybierał na wadze. Leżałam, jadłam i prosiłam syna, żeby przytył i do końca marca nie ważył się wyłazić. Piątego dnia miałam zrobione usg, po którym wszystko potoczyło się błyskawicznie. Nagle wyrośli przede mną jacyś ludzie w białych fartuchach, których nie rozumiałam, stos papierów do podpisania, cewnik, pobieranie krwi, a ja usiłująca dodzwonić się do męża. 15min później Mateusz był na świecie. Urodził się przez cc, 3 tygodnie za wcześnie, 25go marca. A ja nawet go dobrze zobaczyć nie mogłam, bo okulary musiałam zdjąć ;) Nasze 2320g, lekko niedotleniony ale zdrowy (jak wtedy myśleliśmy). Do dzisiaj dziękuję, że zrobili mi to nieplanowane usg.

    OdpowiedzUsuń
  10. Miki też się nie spieszył. W sobotę wieczorem siedzimy i oglądamy jakiś film, nawet mój brat przyjechał i z K. po piwie wypili, bo przecież tyle już czekamy, że to na pewno nie dzisiaj. Około północy spokojnie idziemy spać. Około 2 wstaję na siku, godzinę wcześniej niż zwykle. To chyba jednak nie zwykła pobudka, bo coś tam jakby scisnęło, ale przeciez to na pewno nie to. Za kilka minut znów i znowu o i jeszcze raz, więc to chyba jednak już. Powoli dopakowałam dokumenty, wodę, krótki przysznic i do szpitala. Pamiętam jak powoli jechaliśmy, albo to mi ta podróż tak się dłużyła.
    W szpitalu również wszystko powoli i spokojnie. I chyba za spokojnie bo już na porodówce skurcze ustały i pół godziny nic, cisza... O są.. znowu. Jeszce chwila i już MIki będzie z nami:) Ale nie skurcze znowu zanikają a później są co 10 minut i przez godzinę ani częściej ani mocniej. Pomogła wreszcie oksytocyna i o 7:47 Przytuliłam mój największy skarb.
    Z Wiktorem to wiedziałam kiedy to będzie. We wtorek na wizycie kontrolnej lekarz spytał kiedy bym chciał urodzić a ja palnęłam "że najchętniej to już" a on że spoko i że w czwartek ma dyżur wiec zaprasza na oddział i wtedy się przestraszyłam i już nie chciałam "już". W czwartek pojechałam z torbą ale z tą torbą wróciłam do domu, bo niby coś tam się zaczyna, ale jeszcze nie do końca. Następna wizyta w niedzielę w południe. Rozwarcie 6 cm, skurczy brak. "Dzisiaj pani urodzi, chce pani na oddziale na skurcze poczekać czy w domu" powiedział lekarz po badaniu. Pojechałam do domu, żeby jeszcze obiad porządny zjeść i o 15 z powrotem przez całe miasto do szpila, tym razem już ze skurczami, a że historia lubi się powtarzać to na porodówce ze skurczami to samo co poprzednim razem, niby są ale cały czas takie same. No i znowu kroplówka i kilka minut przed 20 przytulam już Wiktorka. Jaki on był piękny:)))
    Ale się tu sentymentalnie zrobiło.
    Trzymam kciuki i czekam na dobre nowiny:)))

    OdpowiedzUsuń
  11. Jeny Wojtek, oszczedz mamie juz i wychodz!
    Moj poczatek opisalam rok temu... http://ziziandmyworld.blogspot.co.uk/2013/05/2-lata-731-dni-17544-godzin.html
    Kochana trzymaj sie dzielnie! Czekam z niecierpliwoscia na dalszy rozwoj wydarzen :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Ale musiałaś/musisz być cierpliwa... u mnie skurcze od piątego miesiąca ciąży. W 26 tc szpital na 3 tygodni i zatrzymywanie Grzesia w M1, bo już się rwał do wyjścia. Jakoś udało mi się wyjść ze szpitala z nim w brzuchu:) ale męczyłam się ze skurczami do samego końca... urodził się dzień po terminie chociaż wszyscy byli pewni, że urodzę sporo przed. Położyłam się spać, ale nie zasnęłam, bo skurcze z takich, do których już się mocno przyzwyczaiłam zrobiły się konkretniejsze i już wiedziałam, że to coś więcej... była druga w nocy jak poszłam się wykąpać, spakować ostatnie rzeczy. Nie spieszyłam się, nie chciałam być tam za wcześnie, po czwartej nad ranem wyszliśmy z domu, troszkę przeciągnęliśmy to hehe prawie urodziłam w samochodzie, jak mnie przyjęli krzyczeli, że 8 cm rozwarcia! i żebym szybko wypisywała papierki hihi ok. 50 min później na brzuchu leżał noworodek:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Podziwiam twój spokój i cierpliwość Olga, ja bym chyba zwariowała. Zośkę urodziłam 2 dni po terminie i rzeczywiście, coś tam powoli się zaczęło ale trwało jeszcze długo zanim się rozkręciło. Liczę, że tak z 15 h od pierwszych niewinnych skurczy, ale położna mi już poród przyspieszyła i przebiła pęcherz by wody poszły. I potem już z górki. Rodziłam w wodzie Zośkę więc w sumie te intensywne skurcze nie były takie tragiczne. Hanka to już inna historia. Urodziła się tydzień przed terminem i poszło wszystko tak szybko, że ledwo do szpitala dojechałam. Cały poród 2h. W domu mi odszedł czop, poszłam siku, zobaczyłam krew i pojechałam. A po drodze się zaczęło. Olga kciuki wciąż zaciśnięte mocno !!!

    OdpowiedzUsuń
  14. Już myślałam, że się zaczęło u Ciebie :)
    Ja z tych co błagały żeby się wstrzymało... potem o dobicie prosiłam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehe, że się tak prostacko zaśmieję :D Też nie celebrowałam bólu porodowego ;)

      Usuń
    2. hihihihihihi to i ja dopiszę , że błagałam by kroili mnie nawet w 3 miejscach jeśli trzeba :)))) ale w efekcie końcowym urodziłam 2 wielgaski naturalnie i bez znieczulenia . Wojtek czekamy na Ciebie !!! Pozdrowionka

      Usuń
  15. Olga pociesze Cie, ja mialam prawie tak samo, ale do szpitala trafilam piec dni po oficjalnym terminie i tylko ze wzgledu,ze lekarz zauwazyl, ze ubywa mi wod plodowych i nie chcial ryzykowac. Po probie wywolywania skurczy lagodnymi srodkami przez noc rano stwierdzili, ze nie beda czekac i podali oksytocyne dozylnie. I wtedy sie zaczelo, nie bylo zle, ale jak mnie tylko od tego odlaczyli to i skurcze przechodzily momentalnie, czyli bylam podpieta pod ten cud caly czas, a powinny sie same pojawic. Ze wzgledu, ze maluch w ogole nie wspolpracowal (caly czas spal), lekarz, ale jak to on powinien byc aktywniejszy przy porodzie mysleli nad cesarka, ale stwierdzili, ze nie skoro spi i jest ciagle tak samo to walczymy dalej. Polozna sie zlitowala i zaproponowala znieczulenie, bo nie mialam przerw pomiedzy skurczami, a zapowiadalk sie jeszcze dlugo. I powiem, ze na mnie podzialalo rewelacyjnie po podaniu poszlo jak z platka, porod sie przyspieszyl i maly wyskoczyl. Dodam, ze oni zabieraja pepowine i sprawdzaja poziom stresu u dziecka (nie pytaj nie mam pojecia jak), lekarz przyszedl i powiedzial, ze maly przy porodzie byl tak wyluzowany, ze az milo :) Za to drugie po wczesniejszych doswiadczeniach, wzieli przy czasie porodowym bardziem pod lupe i jak minal termin i pare dni to od razu sprawdzali poziom wod plodowych, tez ubywalo, ale nie drastycznie, natomiast lekarka zastanowila sie czemu maluch ma taki wielki pecherz i juh mi strachu narobila, co sama zobaczyla i od razu powiedziala, ze moge zostac sobie na noc w szpitalu, a mialam dopiero rano zawitac na wywolywanie, bo te wody to jednak nie przybeda, a nie ma co czekac. Zostalam, wieczorem sie okazalo, ze maly po prostu nie zrobil siku przed usg ;) ale juh mnie nje odsylala. Przespalam sie ksiazke dokknczylam, a o 7 rano dostalam tym razem tabletki do pomocy i powiem, ze od razu sie zaczelo, po poltorej godzjnie drugi byl na swiecie, moimi skurczami bez wspomagania. Polozna na dziesiec minut przed finalem powiedziala mi, ze to jeszcze potrwa, ale odradza znieczjlenie, na co ja zareagowalam, ze sie zastanowie, ale najpierw musze siku, a ona zamiast mnie do toalety brac spokojnie wyciagnela jakies rzeczy z szafki, podciagnela lozko, zawolala pania doktor i powiedziala, ze mam przec, bo skoro ja chce rodzic to ona nie ma nic przeciwko. A ja nadal, ze chce siku, a ona ze chyba raczej nie, ze to juz ten czas. Doslownie pare minut od rozmowy o znieczuleniu urodzilam. Bylo lajtowo w porownaniu z tym co inni przezywaja. Maluchowi sprawdzili poziom stresu i znowu, ze wyluzowany. Ciesze sie, bo pomoc mialam rewelacyjna, mila, opiekuncza, profesjonalna. Nie wiem co to niespodziewane odejscie wod plodowych (ale to podobno rzadko sie zdarza w domu), tudziez jak wyglada jak Cie zlapia skurcze gdzies poza szpitalem. I powiem, ze nie zaluje, wole ta pewnosc i swiadomosc w glowie, ze iles tam osob nad toba czuwa :) to mnie najbardziej odprezylo, ze ktos kompetentny ze mna rozmawia i radzi. A podczas drugiej nocy w szpitalu widzialam nawet polozna co kangurowala maluszka od innej mamy. No po prostu ideal, wiesz, ze jak cos nie tak, cos trzeba jeszcze przy mamie zrobic to maly ma opieke najlepsza jaka mozliwa, ze wezma do siebie, a nie po prostu poloza gdzies :)
    Pozdrawiam Edyta

    OdpowiedzUsuń
  16. No jakbym o sobie czytała! Ten płaski wykres i podniecenie, że oto coś podskoczyło do 30 :D U mnie 2x było identycznie - nie mam pojęcia, jak to jest liczyć skurcze, jechać szybko do szpitala, rodzić na izbie przyjęć (rodziłam szybko, więc nigdy nic nie wiadomo ;) ). I jakbym miała trzecie rodzić (Boże broń!), to znów bym się zastanawiała, czy będę wiedziała kiedy itd. Co prawda synka urodziłam dzień przed terminem, ale tylko dlatego, że od dwóch tygodni miałam spore rozwarcie i w szpitalu powiedzieli, że nie mogę tak chodzić ;) Przebili pęcherz i akcja się zaczęła sama, prawie od razu. Z Tanulą podobnie, tylko 2 tygodnie po terminie: przebili pęcherz, podali oksytocynę, i godzinę później było po wszystkim.

    OdpowiedzUsuń
  17. A, i jeszcze - o jakiej barbarzyńskiej porze Ewka Cię męczyła! Moje kulturalnie, jedno dokładnie w południe (poród od 9 do 12), a drugie 10.10 (też od 9) :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja to miałam skurcze od 4 miesiaca ciąży, więc byłam do nich tak przyzwyczajona wieczorami, że jak się zaczęły przedporodowe, to nie zwróciłam uwagi. Poszłam spać i minutę po ułożeniu się do łóżka wody zrobiły chlust. Czop mi już zaczynał wychodzić, ale nie nagle tylko stopniowo, termin miałam za tydzień, więc to była mimo wszystko niespodzianka (ciąża była zagrożona, ale szyjka trzymała się dzielnie). Meh, nawet minuty nie spałam. Za to musiałam obudzić Niemałża, zadzwonić po taksówkę, dobrze że byłam spakowana. A jechaliśmy 40km do Warszawy, całe szczęście w nocy nie było korków (nie chciałam rodzić w rejonowym bo czułam podświadomie, że będą kłopoty). W dzień bym chyba pojechała pociągiem. No a potem skurcze waliły na oślep ponad dziesięć godzin co 5 minut, a bywało i częściej, aż doprowadziły do rozwarcia 4cm i dostałam znieczulenie. Po następnych dwóch było już 10cm i wtedy okazało się, że dupa blada, wysokie stanie główki dokładnie i cesarka. A tam, że popękana macica, a te diabły nie mają mojej krwi. No i mnie szyli i szyli, a krew dojechała dopiero późnym popołudniem (mam 0 rh+, pierwszej z brzegu mi dać nie mogli). Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to był najgorszy poniedziałek w moim życiu ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja byłam tak niecierpliwa że sama się zgłosiłam do szpitala (40+1 tc) z 'niby bólami' których tak na prawdę nie było :D Ale poleżałam dwa dni i sekundę po wysłaniu do Męża smsa że dalej nic ciekawego się nie dzieje, odeszły mi wody, duuuuuużo wód. Od 8 rano do 20 czekałam aż skurcze się łaskawie pojawią, aż rozwarcie się łaskawie powiększy ale doczekałam się jedynie gorączki, nieprzytomności, skurczy pod sam koniec, spadku tętna Filipa i ciach na stół :P cesarka! Nawet ta cała oksytocyna na mój organizm nie działała. A na koniec się dowiedziałam że byłam w 39 tygodniu ciąży a nie 40 :D

    OdpowiedzUsuń
  20. Wojtek wychodz! Krzycza blogerki :)
    U nas Antonowka skurczami zapukal przed switem. Po dwoch kapielach, drzemce i calym dniu liczenia pojechalismy do szpitala i w basenie rodzilismy po polnocy.
    Vinylek byl juz tak nisko glowa, ze blokowal ujscie wod. a od tego sie zaczelo. hektolitry wod, ktore jak mi pomoglo w szpitalu wypuscic, zaczely sie skurcze i w 2,5 godziny Vini byl.
    Powodzenia kochana!!!!

    OdpowiedzUsuń
  21. Fantastyczne opowieści :) I niby każda dotyczy tego samego - początku porodu, ale każda jest równocześnie zupełnie inna... Jak my, jak nasze dzieci. Jest MOC :) Dzięki za Wasze zwierzenia :))

    OdpowiedzUsuń
  22. U mnie tak samo, nic się samo nie zaczęło, poród wywoływany sztucznie. Na szczęście równo w 40tc, z powodu małej ilości wód płodowych. Dlatego teraz się boję, że przegapię, że to "już" ;)

    OdpowiedzUsuń
  23. Z Synkiem pojechałam do szpitala na luzie bo mi czop wypadł, tam odrazu mnie przyjeli na patologię i następnego dnia zaczęły się skurcze..mega skurcze, ale brak postępu porodu, więc zakończyliśmy cięciem. Z córeczką odeszły mi wody w domu, pojechałam do szpitala, dostałam znowu przyjęta na patologię..po kilku godzinach skurcze i cięcie :))) Chyba nigdy nie jest jak w książkach lub filmach..każdy poród jest dobry - TAKI JAKI POWINIEN BYĆ :) Trzymam kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
  24. Przesyłam dobre fluidy! Kto wie, może będziecie pędzić do szpitala wdzięczni, że to nie godziny szczytu ;) Jakoś tak da się przeczekać we względnym spokoju 9 miesięcy, ale te ostatnie dni to już prawie zawsze na szpilkach.

    OdpowiedzUsuń
  25. Piękne wspomnienia, większość pozytywnych a to krzepiące! U nas 40 tc + 2 dni... Czekamy... A podobno od 36 tygodnia śpieszyła się na świat!

    OdpowiedzUsuń
  26. Moje dzieci z tych lubiących baseny...więc zarówno jedno, jak i drugie wolało pływać w moim brzuchu niz wyjść na drugą stronę mocy:)

    Życzę Ci aby Wojtek nie był z tych spóźnialskich:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Oj ja to nie chce wspominać, ani ciąży, ani porodu! Czekałam podobnie jak ty, później wywołanie nic nie dało i skończyło się cesarką. Trzymam kciuki!!

    OdpowiedzUsuń
  28. Za pierwszym razem potworne nagle obrzeki w 38tc. Patologia ciazy w srode, w sobote lekkie skurcze i decyzja ze podajemy czopki na rozluznienie szyjki bo jest lekkie rozwarcie i lepiej przyspieszyc bo zatrucie. Mlody zaklinowal sie, cc i krwotok. Za drugim razem na poczatku 37tc zaczely saczyc sie wody. Szpital, zastrzyk sterydowy na rozwoj pluc dziecka bo za wczesnie i decyzja ze probujemy magnezem wstrzymac porod na 2 doby by drugi zastrzyk zaczal dzialac. Udalo sie tylko na jedna dobe. Skurcze i porod sn bez problemow. Tez w obu wypadkach czekalam w szpitalu :-)

    OdpowiedzUsuń
  29. U mnie oba porody szybkie. Z Mają pierwsze skurcze ok. 20 ale takie niby nic, sądziła,, że przejdzie. O 23 odeszły mi wody, dość gwałtownie i mocno nasiliły skurcze. Do szpitala jechałam już ze skurczu co 2 minuty. Na IP rozwarcia na 4 cm, na porodówce już 8 cm. Mała urodziła się o 02:40. Z Kubą też szybko. Skurcze od ok 20. Na IP rozwarcie na 3 cm I przebity pęcherz płodowy co maksymalnie nasiliło skurcze. Najgorsze przeżyłam chyba na krześle w rejestracji IP. Na porodówce po 2 skurczach (z małą pomocą położnej w celu przyspieszenia bo maluchowi tętno spadało) Kuba był już na świecie. Godzina 22:25

    Wam życzę przede wszystkim spokojnego porodu i zdrowego Wojtusia. Trzymam kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
  30. Mój poród zaczął się w domu, ale byłam na to przygotowana, bo dzień wcześniej na wizycie powiedział mi to lekarz. Niestety za wcześnie pojechaliśmy do szpitala, skurcze były regularne, ale za słabe. Męczyli mnie badaniami i KTG. Jak już ruszyło to szybko poszło. Córcia w 10 minut była na świecie, mam nadzieję, że w grudniu będzie tak samo, oby nie było gorzej :D

    OdpowiedzUsuń
  31. Ha! Każda historia inna. Mnie niestety ominęło całe to zamieszanie. Z Luśką leżałam w szpitalu już parę dni, skurcze się zaczęły, czekałam na postęp zamiast którego pojawiły się zaniki w KTG - skończyło się cięciem na wariackich papierach i wyciągnięciem sinej Luśki w ostatniej chwili. Z Tośką sprawa była o tyle prostsza, że na dzień przed terminem odwróciła się tyłeczkiem do dołu i nie było mowy o naturalnym porodzie. Cesarka choć nie planowa, to na spokojnie i bez paniki - skutkiem jest moja córka-zen :D

    OdpowiedzUsuń
  32. Obydwa 'przenoszone' ;)
    Julek 10 dni po terminie. Zanim go urodziłam leżałam 6 dni w szpitalu(i tak samo jak u Ciebie na łóżkach zmieniał się pacjentki). To był piątek - jak wieczór chwila relaksu z mp3 Usnęłam. Długo nie spałam, było po 22 gdy gwałtownie zeskoczyłam z łóżka - chluśniecie(dzień wcześniej jedna pacjentka wykonała to samo na moich oczach a ja się po cichu z tego zrywu śmiałam - komicznie to wyglądało ;) Urodziłam następnego dnia przed 15.

    Łucja 5 dni po.Zdziwiłam się bo wszytko wskazywało że to będzie wcześniej.Od 32 tygodnia byłam gotowa do porodu (szyjka całkowicie skrócona, miękka itp) w 35 tygodni trafiłam na 4 dni do szpitala ze skurczami(miałam nakazane leżeć a dzień wcześniej nie wytrzymałam i wzięłam się za mycie okien :b Robili zastrzyki na szybszy rozwój płuc i dawali 'cudowne tableteczki'. Wróciłam do domu mijały tygodnie kiedy dobiłam do godziny zero i nic. Kontrolne ktg kazali przyjść za 2 dni. Przyszłam w końcu po 3 z sączącymi się wodami i mnie zostawili już na oddziale. Na następny dzień po 8 przebili pęcherz płodowy. Do 12 rozmawiałam jeszcze przez telefon bo skurcze jakby takie oszukane(albo próg bólu się zwiększył ;)) o 14.05 urodziłam córę :)

    OdpowiedzUsuń
  33. to był piątek wieczór... był czas na kolację, stoczyłam się ulubionego fotela i poszłam robić kanapkę. nagle wokół mnie zrobiło się mokro, myślałam że pęcherz ale po dłuższej chwili w łazience, kolejnej zmianie bielizny uznałam że to nie ten pęcherz i powiedziałam do m - kochanie wydaje mi się że odeszły mi wody :D, dopakowałam torbę, zjadłam kolację i pojechaliśmy... bałam się ze maluta się zasiedzi, ale nie... spędziliśmy miłą piątkową noc, tylko we dwoje na rozmowach żartach i liczeniu skurczy, rano o 6.22 powitaliśmy naszą córeczkę...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo! :)