8 września 2014

Morskie opowieści 2014


Ponad tydzień temu zostawiłam w domu suszarkę z niedosuszonym praniem. I okres połogu też zostawiłam za sobą. Wyruszyliśmy na wakacje, nad morze, do lasu, na plażę, gdzie dość bezrefleksyjnie prezentowałam styl Raw Beauty. Choć umówmy się, że ja byłam bardziej Raw, a Ewka Beauty. I pewnie dlatego ona ma setki zdjęć, a ja dwa - z dużej odległości robione. Choć mógł mieć na to wpływ fakt, że jestem przyspawana do aparatu... Sama nie wiem ;) A naturalny styl to po części przez to, że taki właśnie mam. Ale to, że była z nami dwójka dzieci (- Trójka! - protestuje kot Tramal) też miała na to wpływ, nie będę oszukiwać. Żonglowaliśmy czasem tak, by Ewka była wybawiona, wyspacerowana, zmęczona trampoliną, rowerem i innymi atrakcyjnymi atrakcjami (różowymi, świecącymi się, lodowymi, w zależności od życzenia...), a Wojtek miał równowagę w jedzeniu, spaniu i czasie aktywności, kiedy to intensywnie się rozglądał, wydawał z siebie kilka: - Ghy, ghy... - i wykończony zapadał w kolejną drzemkę. Jak już tym czasem żonglowaliśmy, to po 20.00, kiedy dzieci spały, a my TEORETYCZNIE mogliśmy robić wiele rzeczy... Praktycznie jednak - zasypiałam na stojąco. Za dużo morskiego powietrza, aktywności. No żonglerki za dużo ;)




A jeśli o teorii mowa. Morza szum, ptaków śpiew... teoretycznie to idealne warunki do spania, prawda? Otóż nie. Wojciech w pobliżu morza wiercił się, kwękał, zasypiał z trudem. Co innego okolice "dmuchańca", gdzie Ewka zażywała dodatkowego (o matko, skąd ta energia?!) ruchu. Okoliczności - głośna muzyka, pisk dzieci, odgłosy cymbergaja i powietrze szare od dymu z grilla. O. Teraz to można spać... ;) I jeszcze - o ile Ewa, żeby zasnąć porządnie, musi być konkretnie rozkopana, o tyle Wojtek - no ten, to do szczęścia potrzebuje konkretnego przegrzania. Ubrać ciepło, otulić kocykami, nachuchać i może księciuniu spać ;)





Odpuściłam dwa zachody słońca. Bo Wojtek niespokojny, bo chciał po prostu zasnąć w ciszy, a nie jechać na plażę. Ewka poszła z tatą. A ja uświadomiłam sobie, że przecież ja nie lubię zachodów słońca. Nudzą mnie niemiłosiernie. I tak to, zajadając draże, cieszyłam się, że na ten zachód nie poszłam. Choć odrobinę żałowałam, że mew nie karmię, bo bardzo lubię obserwować spryciule, które łapią jedzenie w locie i te drugie majestatyczne, którym nie chce się nawet dwóch kroczków zrobić w stronę pokarmu.






A jeśli o jedzeniu mowa. Dąbki mają dla mnie smak anyżków i bitek z makiem. Zajadaliśmy je teraz, rok temu, dwa lata temu... Właśnie tam i - po prawdzie - tylko tam. Jakoś zapominam o anyżkach w Poznaniu. Tymczasem zaraz po przyjeździe na miejsce, zaczęłam interesować się, czy cukiernia jest na swoim miejscu, by potem stać się stałą klientką: - Dwie garście anyżków, jedną bitek z makiem. Oj, ale wczoraj to pani miała większy rozmach, śmiało, więcej tych ciach! ;)




Sporo jadłodajni było już nieczynnych, niestety. Na naszych oczach rozkręcane były kolejne automaty. Miałam wrażenie, że zaraz, za moment, ktoś całe Dąbki zwinie i upchnie na pawlaczu. Tymczasem Ewka polowała na ATRAKCJE. Pierwszego dnia powiedziałam: - Narysuj, jakie chciałabyś mieć wakacyjne atrakcje, będziemy twoje życzenia spełniać. Narysowała. Że chciałaby skakać na trampolinie, jeździć dużym rowerem, jeść lody, kręcić się na małych karuzelach, obłowić się w automatach z drobiazgami za dwa złote, jechać na wycieczkę, wybrać sobie sama kolorowy magazyn w sklepie. I balonik by chciała, najlepiej z Myszką Minni. Albo Hello Kitty...




A właśnie. Co ma Hello Kitty do matematyki? Ano całkiem sporo. Bo taki automat z breloczkami z Hello Kitty - 1 zł. I kiedy Ewa chciała iść znowu na "dmuchańca" - tłumaczyliśmy jej, przeliczaliśmy. Że 30 minut skakania to dziesięć breloczków. Albo cztery kulki lodów. Albo pięć przejażdżek na miniaturowej karuzeli. Albo siatka na motyle. Albo pół balonika z Hello Kitty. Taki to wakacyjny wstęp do matematyki ;) I kieszonkowego. Bo nadszedł czas na nie. Liczone były też meduzy i momenty, w których M. gubi na plaży buta ;)




Codziennie byliśmy na plaży, spacerowaliśmy po lesie, spełnialiśmy życzenia Ewki, wypoczywaliśmy w zupełnie nowym składzie. Zamiast pięciu dni, zostaliśmy sześć. Mało? Dużo? Wystarczająco. Wypoczęliśmy, nacieszyliśmy się morzem, mieliśmy cudowną pogodę. Spotykaliśmy na swojej drodze samych dobrych ludzi (Aniu! Dziękujemy!). Na pewno tam wrócimy, kolejny raz... I znowu pomalowane kamienie rozrzucimy po plaży. I część wrzucimy do morza. Ewa ma nadzieję, że znajdzie je Maja i Lasse :)