29 grudnia 2014

Początek i koniec

Takie ciemnie pomieszczenie to było. Rzędy regałów. Mrok rozjaśniała lampka na biurku, które stało w głębi, na wprost wejścia. Zaplecze sklepu z alkoholem i słodyczami. A przy tym biurku ja. Dłonie brudne, bo choć nie śmierdzą, to najczystsze nie są. Pieniądze. A ja siedzę i te pieniądze układam. Wymięte banknoty prostuję, zagięte rogi doprowadzam do porządku. Nie pamiętam, czy je liczyłam. Pamiętam za to, że móc zanieść z tatą - wieczorową porą - torbę z utargiem do banku i zostawić ją we wrzutni nocnej... To było przeżycie! Taka to pierwsza moja praca była. Prostowanie rogów banknotów... Było też mycie okien w tym samym sklepie. Ale to raz, może dwa razy.


A później - zdałam maturę i dostałam się na studia. Czekały na mnie pierwsze takie długie, bo ponad trzymiesięczne wakacje. Pieniędzy zbyt dużo nie było, a i odwagi na zagraniczną tułaczkę zarobkową jakby w ogóle. Pamiętam ten dzień. Idę z mamą. Mam na sobie dżinsy i koszulę w zieloną kratę. Ot, zwyczajny dzień. - Ja to bym może do pracy jakiejś poszła na te wolne miesiące - mówię bez przekonania. - Ale gdzie? Gdzie byś chciała pracować? - wypytuje mnie mama. - No nie wiem, nie wiem. W jakiejś księgarni może? W sklepie papierniczym? - zastanawiam się. Podnoszę głowę: - Tu na przykład - pokazuję na istniejącą od zawsze w moim rodzinnym mieście księgarnię. A moja mama na to: - To chodź, idziemy się zapytać, czy nie potrzebują kogoś do pracy.


Prawie w każde wakacje przez całe studia. Podczas wszystkich przerw międzysemestralnych. Zawsze przed Świętami. Na koniec każdego roku (inwentaryzacja!). Pracowałam w tej księgarni. Przeszłam wtedy przez jej próg, w tej zielonej koszuli, by później przekraczać go setki (tysiące?) razy. To była moja pierwsza poważna praca. Pierwsze umowy i oficjalnie zarobione pieniądze. Wiele, wiele wspomnień, znajomości, ale przede wszystkim doświadczeń. Choć po czterech latach zamarzyła mi się odmiana i pracę zmieniłam - ta księgarnia pozostała dla mnie ważna, bardzo ważna. I żal mi, że będzie działać tylko do końca roku. Zwyczajnie mi smutno, że ją zamykają...


W jej piwnicach mieszkały stare kasy i liczydła, zaplecze wypełnione było zakamarkami - wszystkie je znałam na wylot. W dniu przyjęcia towaru - szłam po słodkości do pobliskiej cukierni. A gdy ktoś miał imieniny... Przychodziliśmy do pracy dwie godziny wcześniej, w magazynie stawialiśmy długi stół i świętowaliśmy - aż do godziny otwarcia. Bywały dni, kiedy równanie książek na półkach było szczytem rozrywki, ale sezon przedświąteczny lub podręcznikowy... Czasu nie było, żeby herbatę zalać! W małej kuchni był stół i kuchenka elektryczna. Zawsze, kiedy jedna z właścicielek miała na obiad szare kluski przychodziłam się częstować. Bo obiady tam jedliśmy. Była przerwa na obiad, mieliśmy swoje pojemniczki z jedzeniem i czas na posiłek. 


Dział papierniczy, znienawidzony przez niektórych (liczenie każdej gumki podczas inwentaryzacji!), przeze mnie był ukochany. Mimo tego koszyczka z cholernymi wkładami do długopisów! Ile ich było! I ci klienci, którzy chcieli wkład. - Jaki? - Jak to jaki? Zwyczajny! ;) 
Te podręczniki i coroczny bałagan. Wydania drugie poprawione. Zmiany. Ogromne kwoty zostawiane u nas przez rodziców. Kompletowanie wyprawek. Chaos. Kolejka za drzwi. Ale było! Będę tęsknić... 


PS Macie ochotę podzielić się ze mną wspomnieniami z Waszej pierwszej pracy? Jeśli tak - śmiało, z chęcią poczytam :)