11 stycznia 2015

Kuchenne rewolucje


Nie jestem jakoś specjalnie odważna. W kuchni. Raczej nie improwizuję - trzymam się przepisu, skrupulatnie odmierzam, pilnuję proporcji, sprawdzam listę składników i żałuję, że w książkach kucharskich czy na blogach kulinarnych nie ma zdjęć surowego ciasta. Nigdy nie mam pewności... Czy to tak miało wyglądać? Czy to się upiecze? Czy to normalne?




Mam zeszyt, do którego przepisuję sprawdzone już przeze mnie przepisy. Przed wypróbowaniem nowego - długo zbieram się na odwagę. Jeśli robię ciasto, to musi być coś prostego. Nie dla mnie wieloetapowe przygotowania, różnorodne warstwy, skomplikowane przepisy. Szczególnie, że powierzchni roboczej to ja mam w kuchni z 60 cm... I jaki ja bałagan robię, kiedy gotuję lub piekę! WSZYSTKIE łyżki mam brudne :) Większość miseczek. Blat, kuchenka, zlew - parada naczyń. Kuchenny karnawał. Tłoczno tam bardzo.



Jak mi coś posmakuje, pytam o przepis. Dużo pytam. Dostaję wysypki, kiedy słyszę o proporcjach na oko. Normalnie alergię mam na taką odpowiedź! ;) I który to rok już tłumaczę mamie, żeby mi nie opowiadała przepisów? Że ja nie zapamiętam, muszę mieć zapisany, bo inaczej nie skorzystam...
Dlatego u mnie proste ciasteczka, ciasta, które robi się w jednej misce, muffiny.



A Ewa? No ona chce wsypywać składniki, mieszać, ugniatać, wycinać i DEKOROWAĆ (wyjadając lukier, posypki, czekoladę...). Garnie się do tego, jak chyba większość dzieci. Ona się garnie, ja po cichu cierpię :) Raz - sama nie jestem zbyt pewna siebie w kuchni i dodatkowe zadanie, którym jest nadzór nad szaloną czterolatką podnosi mi ciśnienie. Ciastka się przypalają. Ona wycina. Wiecie jak, prawda? Na rozwałkowanym placku ciasta przykłada foremkę na samym środku. Na nic moje tłumaczenia, że lepiej przy krawędzi, żeby się więcej zmieściło. Wałkuję przez to kilkanaście razy to samo ciasto. To, które powinno być schłodzone, bo ciepłe lepi się do wałka, rąk, blatu (gdzie miałabym trzymać stolnicę!?)... 




À propos ciasta - temat ugniatania. Czytam u doświadczonych blogerek kulinarnych, że ciasto kruche to trzeba wyrabiać krótko i szybko. Tymczasem... Jakże przyjemna jest zabawa ciastem! Liczę do 10. Do 100. Ona wyrabia... Wyrabia. Wałkuje. Wycina. Dekoruje. Ja przypalam. Się uśmiecham, choć trochę tik nerwowy mam. I szczękościsk. Dobrze, że wszystko mija przy konsumpcji naszych wypieków... Czy bardzo jestem złą matką, że czasem wolę coś upiec, kiedy jej nie ma? Albo kiedy z kuchni zadaję niewystarczająco głośno pytania: - Piekę ciasteczka? Chcesz piec ze mną? - licząc, że nie usłyszy? :D Jakie jest Wasze pieczenie z dziećmi? 



PS Forma na muffiny, papierowe papilotki, stempel (moje pierwsze doświadczenia!) i foremki to prezent od sklepu Mein Cupcake KLIK. Nie wiem, skąd wiedzieli, że - prócz książek i akcesoriów papierniczych - najbardziej kręcą mnie formy KLIK i foremki do wycinania KLIK. No uwielbiam! Mimo mojego schorzenia... Pokraczność kuchenna to się chyba nazywa, ta choroba ;)