10 marca 2015

Nie ma jak...


Dwa tygodnie w magicznej krainie, wyobrażacie sobie? Tam, gdzie obiad robi się sam, a brudne naczynia znikają ze zlewu. Gdzie bezczelnie można podrzucić ubranie do kosza na pranie. Gdzie rano jest kawa i jogurt z płatkami i owocami. Gdzie nie trzeba planować posiłków, martwić się, czy jest marchewka, zastanawiać się, jakie zakupy zrobić. Gdzie można skorzystać z toalety W SAMOTNOŚCI i BEZ POŚPIECHU. Nawet kąpiel można wziąć, bo i wanna, i warunki sprzyjające. Gdzie mówią ci: - Idź się połóż jeszcze! Albo: - Co ci zrobić (do jedzenia)? Lub: - Herbaty się napijesz? U Rodziców byłam. Jak dobrze być dzieckiem! Dziękuję Mamo, dziękuję Tato!



Inny ten pobyt był. Po pierwsze długi - całe dwa tygodnie. Po drugie - jakiś taki rozleniwiony... Nie odhaczałam punktów z listy, nie próbowałam zaliczać atrakcji. Byłam. Mój organizm pozbawiony adrenaliny, wyrwany z codzienności, z jej rytmu - oszalał. Raz bolało mnie gardło, innym razem głowa, w końcu brzuch. Jakbym po intensywnym roku pracy w korporacji wybrała się na długi urlop. Zatrzymałam się, a ciało myślało, że nadal pędzę... Byłam na urlopie. Bardzo byłam