30 marca 2016

Pan Pech



Dokładnie pamiętam, kiedy się wprowadził. Na początku stycznia - w środku nocy. Czasami zapominaliśmy, że z nami jest, ale wtedy się pokazywał. I dokazywał. Zgrzytanie zębami, bezsenność, gonitwa myśli, wieczne oczekiwanie - to tylko kilka reakcji na jego wizytę. Blog dostał rykoszetem. Nie miałam nastroju, energii, chęci. Poważnie zastanawiałam się nad zniknięciem, tak po prostu. To przez tego gościa. Tak nam dawał popalić. Bo gdybym chciała tak napisać, co tam u nas - to byłby elegia bardziej. I gdzie ta elegia tutaj... Do tego kotka, blondyny, książek, gier i wydarzeń. Wolałam zmilczeć. A gość wciąż był. Mało tego - pojechał z nami na święta! I karygodnie się zachowywał. Miarka się przebrała. Dość mam. Jestem już potwornie tym wszystkim zmęczona. Idzie wiosna, chcę mieć jasne myśli i proste czoło. Chcę wrócić do blogowania. Stosik książek rośnie. Jeśli nie działają aluzje, prośby, znaczące chrząknięcia... Jeśli Pan Pech wciąż jest i trudno mi go okiełznać. Powiem mu wprost - Spieprzaj, dziadu. Nie chcę cię tu widzieć.