9 grudnia 2016

4 Wielka historia małej kreski




Od września do końca listopada Ewa chodziła do osiedlowej biblioteki na jesienne warsztaty. Bardzo lubię naszą bibliotekę, ekipę z niej i te wszystkie wydarzenia, które organizują, ale kiedy w każdy poniedziałek zbliżała się godzina 17.00, ja - przeszurana przez ten dzień - z nieśmiałością (i nadzieją) pytałam Ewę, czy na pewno chce iść. Zawsze chciała. Zawsze któreś z nas ją tam zaprowadzało a po 1,5 godzinie odbierało. Bo skąd mam wiedzieć, czy ona tam nie znajdzie tego małego, niepozornego skrawka (pasji)? Nawet jeśli go za chwile porzuci, bo zainteresuje się innym? Skąd mam to wiedzieć? Dlatego - jeśli wykazuje czymś zainteresowanie - jeśli tylko możemy, służymy pomocą. Zajęcia w MDK, warsztaty w bibliotece, rożnego rodzaju wydarzenia związane z rękodziełem (w niedzielę idziemy do Pracowni Heho, na Rodzinne lepienie z Zakamarkami :)), jeszcze ten karnet na lodowisko, bo na basen to raczej ja muszę ją mobilizować (choć coraz mniej muszę, niesamowite postępy zrobiła od początku swojej przygody z pływaniem).






Skrawki. Małe. Niepozorne. Takie jak na pierwszych stronach książki Wielka historia małej kreski (ilustracje i tekst: Serge Bloch, tłumaczenie: Katarzyna Skalska, Wydawnictwo Zakamarki KLIK). Mała kreska zostaje zauważona i podniesiona. Tak to się zaczyna. Potem, na kartach tej książki, kreska się zmienia, rośnie wraz z bohaterem, jest obok w pięknych momentach, ale i w tych trudnych. Zawsze jest. Bywa łatwo i bardzo ciężko. Jak to w życiu. Tekstu niewiele, ilustracje oszczędne, ale historii przez kreskę opowiedzianych - całe mnóstwo, całe życie i... początek kolejnego? Bo jak już się podniesie ten skrawek i będzie się o niego dbało, a on urośnie, to warto się nim podzielić, prawda?
Tu jako metafora talentu plastycznego, a u nas, u Was - tego nie wiem. Ale warto przez życie stąpać uważnie, żeby jej nie przegapić, tej kreski. Bo przecież zanim urośnie - jest tylko skrawkiem. Małym i niepozornym.


9/24 #kalendarzotymze dedykuję wszystkim poszukującym i poszukiwaniom kibicującym. Łatwo nie jest... :) Nitkowy kot powstał podczas warsztatów dotyczących tej książki, które odbyły się w lutym 2016 roku :)

PS I jeszcze taka animacja na deser KLIK. Smacznego!

4 komentarze:

  1. Pięknie napisałaś. Na każdy objaw talentu trzeba na początku podmuchać bo może to właśnie jest TO, TO najważniejsze czego nie wolno przegapić :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny tekst! u nas jest podobnie, brnęliśmy przez tańce, zajęcia teatralne, ceramika trwa już 4ty rok, a oprócz tego w tym roku wielkim odkryciem jest judo!!! Córcia w końcu wyzywa gdzieś swoje niespożyte pokłady energii. Na Syncia jeszcze nie przyszedł czas. Były chwile z judo ale po zmianie, które eksploatuje nie ma siły na dodatkowe zajęcia. Trzymajcie się i powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. My na zajęcia w Bibliotece jeszcze się nie łapaliśmy (dzieci szkolne), za to lawirujemy gdzieś między pasją piłkarską StarszegoKrólika (raz w tygodniu), zajęciami na pływalni małej Królki (po 4 latach nauki odpuściliśmy kurs u Królika i chodzimy sami - jak starczy sił i motywacji)... No i weekendy - nie wiem czy masz takie wrażenie, że w niektóre weekendy jakieś skumulowanie atrakcji jest, a potem kilka spokojnych. I trzeba wybierać np. między warsztatami w muzeum (Królik uwielbia Muzeum Archeologiczne, i Wojskowe, to na Rynku), zajęciami organizowanymi przez Salon Posnania... Trochę przed świętami odpuszczamy, bo sporo innych atrakcji i zadań. Ale obowiązkowym punktem były w ten weekend zajęcia dla dzieci w Bramie Poznania.
    Po nowym roku pewnie zapolujemy na wybrane spotkania dla dzieci w Teatrze Wielkim. I jeszcze kuszą nas warsztaty o Chinach... Ech. Jakby się tu sklonować? Czasami zastanawiam się, czy jako dziecko też byłam tak bardzo ciekawa świata?

    PS Kilka tygodni temu wracałam z naszą dwójką z Bramy Poznania - podjechaliśmy kilka przystanków tramwajem, żeby przez Rynek dojść do Kupca Poznańskiego (musiałam coś zwrócić). MałaKrólka przykimała w wózku (świadoma, że tak może się wydarzyć (2h zajęć, kończących się o 13) wózek zabrałam), "lecimy" przez Rynek, a Królik uśmiechając się niewinnie:
    - Mamusiu, a to muzeum jest dziś otwarte?
    - Jakie muzeum?
    - No to za Nepomucenem. Bo to chyba jest muzeum, bo widziałem armaty i zbroje?
    - Tak synku - to jest muzeum. I jest otwarte (tu moje kłębiące się myśli, o tym co jeszcze mam do zrobienia, nieugotowany obiad itd.)
    - To pójdziemy, bo ja bardzo bym chciał?

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo! :)