15 marca 2018

11 Złodziej kanapek

Kto pamięta? Wieżę kanapek w papierze śniadaniowym. Kanapki tak wysuszone, że aż się wyginały na zewnątrz. Kanapki tak wyładowane pomidorami, że aż zamieniały się w papkę. Kanapki, które po kilkudniowym leżakowaniu na dnie tornistra pokrywały się futrem... Takie miejsce na trasie szkoła - dom, gdzie można było bezpiecznie pozbyć się niechcianej kanapki. Psa, który chętnie zjadał kanapki.
Ile drugich śniadań - tyle historii. Pewnie jest całkiem sporo osób, które wręcz chciałyby, żeby ich drugie śniadania zostały skradzione, ale nigdy im się to nie zdarzyło. Ale Marcel wcale tego nie chciał i ja się mu w ogóle nie dziwię.
Poniedziałek - orkiszowa bagietka z szynką, serem i sałatą, wtorek - kanapka z tuńczykiem, domowym majonezem i suszonymi pomidorami, środa - kanapka z pastą z tofu, kiełkami lucerny, pomidorami i tygrysimi krewetkami, czwartek - kanapka z jajkiem, domowym majonezem, czerwoną cebulą i parmezanem... Takie kanapki szykuje mama Marcela, bohatera książki Złodziej kanapek (Patrick Doyon, André Marois, tłumaczenie: Paweł Łapiński, Wydawnictwo Polarny Lis). Człowiek tylko czyta opis i zaczyna się robić głodny. Trudno się dziwić, że komuś te kanapki wpadły w oko, ktoś się połakomił i nie powstrzymał - ukradł kanapkę w poniedziałek, ukradł kanapkę we wtorek, powstrzymał się w środę, ale nie wytrzymał w czwartek!
Złodziej kanapek to obrazkowa historia, którą pożera się szybko, wielkimi kęsami. Jest tu zagadka, śledztwo, lepsze i gorsze tropy i smakowite opisy jedzenia. Wszystko dzieje się szybko, strona za stroną goni się z Marcelem za podejrzanymi o kradzież kanapek. Niby goni się długo, bo prawie 200 stron, ale tekstu jest na tyle niewiele, że zupełnie bez ostrzeżenia (i próby wyhamowania - ta akcja!) zostaje się z przeczytaną książką. I z burczeniem w brzuchu. Czas na kanapkę. Smakowita to była lektura, dobrze się przy niej bawiliśmy.







KONKURS:
Podzielcie się ze mną w komentarzu pod tym wpisem (na blogu) jakimś wspomnieniem z drugim śniadaniem w roli głównej. Robiliście wymianki na kanapki? Upychaliście śniadania pod łóżkiem? Żywiliście się tylko bułą z żółtym serem? Czekam na wspominki do końca poniedziałku - 19 marca 2018 (godz. 23:59), we wtorek dam znać do kogo wyślę książkę Złodziej kanapek. Jeśli komentujecie z profilu: Anonimowy, nie zapomnijcie podać adresu @
ROZWIĄZANIE KONKURSU:
Dziękuję za wszystkie odpowiedzi - wspaniałe wspomnienia! Prawie w każdym odnalazłam część swojego dzieciństwa, no może poza bułką z czipsami (ale... że... serio? ;D). Nie przedłużając - Złodziej kanapek leci do Uli ("na samą myśl o tym, że masło wejdzie w takie chlebowe otworki" - mam tak samo! :D). Czekam na wiadomość z adresem do wysyłki książki.

Złodziej kanapek


Ta tabelka (porównywarka cen) powyżej zawiera linki afiliacyjne. Oznacza to, że jeśli klikając w nią, dokonasz zakupu, to ja otrzymam z tego tytułu niewielką (bardzo niewielką) prowizję. Na waciki. Na przykład ;) Dzięki!

11 komentarzy:

  1. Najwięcej wspomnień z drugim śniadaniem to ma chyba moja mama - miała nas 3 w wieku szkolnym i co raz przy każdej rodzinnej imprezie wypomina całej trójce jak to pięknie hodowaliśmy pleśniaki w pojemnikach na śniadanie...Faktycznie to chyba moje najbardziej wyraźne wspomnienie:zapominałam wyjąć pojemnika z plecaka przed feriami/ świetami i potem po 2 tygdoniach odnajdowałam piękną, wielokolorową pleśń.... A drugie to pozbywanie się kanapek z dużą ilościa masła - nie znosiłam i nie znoszę do tej pory grubo posmarowanego masłem chleba.... brrrr, na samą myśl o tym, że masło wejdzie w takie chlebowe otworki trzepie mnie :)) więc takie kanapki po szkole zostawiałam gdzieś na murkach :) - "dla ptaków"

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja sobie sama robiłam śniadania, więc w sumie przez większość czasu nie miałam śniadań bo jaki 9 latek o zdrowych zmysłach poświęci sen na coś co będzie potrzebne później. Ale jak już miałam gest to robiłam sobie wielkie wieże, wkładając między dwie kromki wszystko co znalazłam w domu co w efekcie sprawiało, że do szkoły docierało coś na styl sałatki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam koleżankę w podstawówce, która przynosiła do szkoły kanapki z cytryną, ale taką już z herbaty, wydawało mi się to wtedy bardzo dziwne, dziś też :) Złodziejem kanapek nie byłam ale bardzo lubiłam kanapki innych, tzn czasem koleżanka kanapki zjeść nie chciała, więc ja chętnie taką kanapke przygarniałam, o dziwo te kanapki bardziej mi smakowały :D a w szkole średniej królowała buła z chipsami :) Wyjadało się środek bułki i wsadzało do niej chipsy :) Takie wspominki :) magdalenarog85@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  4. Na trasie między kuchnią a tornistrem chowałam salceson do wózka dla lalek. Tak, nieraz zapominałam go potem wyrzucić.

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmm. Wspomnień z drugim śniadaniem jest wiele. Pierwsze sięgają już przedszkola. I nie są raczej higieniczne. Mieliśmy kolegę, który miał spory apetyt i przy drugim śniadaniu oblizywał kanapki, żeby je sobie zarezerwować, W ten sposób chciał mieć więcej kanapek dla siebie. To dopiero był łasuch. Ja osobiście lubowałam się w dzieciństwie w bułeczce z masełkiem i pomidorkiem lekko posolone, drugi wariant bułka z serem żółtym a trzeci bułeczka z masełkiem, rzodkieweczką i solą. Takie skromne kanapeczki były moimi faworytami, a należałam raczej do niejadków. Pomidorki zawsze pachniały, rzodkiewki miały smak a pieczywo mogłam jeść bez niczego. W liceum odchodziły wymianki lub zwyczajnie częstowałam innych swoimi kanapeczkami. Wspomnienia tamtych dzięcięcych smaków są jednak najlepsze i najżywsze w pamięci, choć już tyle lat minęło.:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja przeżywałam "traumę kanapkową" na wycieczkach szkolnych w podstawówce. Mama robiła mi zawsze kanapki z żółtym serem, bo wydawały jej się najbezpieczniejsze, tzn. że nie zepsują się przez cały dzień. Umówmy się, kromki chleba albo bułka tylko z plastrem żółtego sera (zawsze za grubym) to nie jest najsmaczniejsza rzecz pod słońcem, a jak się doda do tego chorobę lokomocyjną, to przeżycia były dla mnie ekstremalne ;)
    fikumiku@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja uwielbiałam kanapki przygotowywane przez tatę,szczególnie z jajkiem sadzonym. Ale nie środek był ważny tylko to że on je robił dla mnie dla mamy i dla mojej siostry i podpisywał w taki szczególny sposób żeby każda z nas miała spersonalizowana kanapkę. To takie kanapki z miłością. Grzech byłoby je wyrzucić lub zamienić ;) karolina.zbaraza@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Byłam takim szkolnym niejadkiem, że mama regularnie znajdowała zapleśniałe kanapeczki w plecaku... ALE! Nie o tamtych kanapkach chcę napisać. Chcę napisać o bajecznym wspomnieniu z chudych lat, gdy na półkach w sklepach był jedynie ocet.

    Wyobraźcie sobie!: Świeżutki, chrupiący, cieplutki - tyle co wyjęty przez babcię z brandury (tak to zawsze słyszałam!) - wiejski chlebek (czujecie, czujecie ten zapach?... mmmmmmhhhhh)... A na takiej z niego kromeczce aksamitna (od babcinej Mućki) śmietanka i... CUKIER. Duuuużo cukru! Cóż to była za rozkosz dla naszych dziecięcych podniebień! Nie do przebicia przez żadne burgery. Never! ;-). Niech żyją babcie!

    wiczowna@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Hmm. Kiedy będzie rozstrzygnięcie konkursu?:D Pozdrawionka

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każde pozostawione słowo! :)