18 czerwca 2014

Kawka z psychologiem - RODZEŃSTWO (CZĘŚĆ II)

- Będę go przytulać! Ale nie za mocno. WSZYSTKO mu wytłumaczę. Będę body wybierać, pieluszki podawać... - wylicza Ewa. My kiwamy głowami. Przy wyznaniu, że będzie go również sama kąpać i wyjmować z łóżeczka - wymieniamy się spojrzeniami. Łatwo nie będzie, a do ich spotkania pozostało niewiele czasu. Jakie będą ich relacje, zastanawiamy się wieczorami. Jaką siostrą będzie Ewa, jakim bratem Wojtek? Jaka jest nasza rola? Na pytania dotyczące rodzeństwa odpowiedziała Sabina Sadecka z ekipy inspeerio centrum psychologiczno-coachingowe.  


Znam takie siostry, które aktualnie dorosłe i "dzieciate" wspierają się nie tylko myślą, mają cudowny kontakt i bardzo sobie pomagają. Ja z moim braćmi nie kontaktuję się zbyt często, ale z drugiej strony mam pewność, że jeśli coś się będzie działo, mogę na nich liczyć, po prostu. Co jest z tym rodzeństwem? Jest jakiś idealny wzór na nie - różnica wieku czy płeć?

Oczywiście, że wzoru nie ma. Ale jest kilka mniej lub bardziej oczywistych kwestii, które pomogą nam zrozumieć, czemu między dorosłym rodzeństwem sprawy układają się tak, a nie inaczej. Po pierwsze – badania pokazują, że charakter więzi między rodzeństwem praktycznie nie zmienia się  w czasie. Jeśli zatem byliśmy sobie całe dzieciństwo obojętni, nasza dorosła relacja też będzie oscylować wokół obojętności. Jeśli zaś łączyła nas braterska przyjaźń, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przetrwa ona co najmniej kilka dziesięcioleci... Sprawa komplikuje się, gdy szukamy przepisu na rodzeństwo doskonałe.  Bo już  nawet na tak proste pytanie jak, czy lepsza jest mała czy duża różnica wieku między rodzeństwem, nie ma oczywistej odpowiedzi. Przy niewielkiej różnicy wieku dzieci konkurować mogą ze sobą zarówno o uwagę rodziców, jak i o inne atrakcyjne – materialne i niekoniecznie - zasoby. Zbyt duża różnica wieku skutkować zaś może brakiem wspólnej płaszczyzny zainteresowań i doświadczeń między rodzeństwem. Przy różnicy wieku 6 lat lub więcej można nawet mówić o “jedynakach”, gdyż tak niewielka jest szansa nawiązania bliskiej, braterskiej,  relacji. 


Ja nie miałam odwagi (nie byłam gotowa ani psychicznie, ani fizycznie), ale są tacy rodzice, którzy o drugie dziecko zaczynają się starać niemal natychmiast po urodzeniu pierwszego...

Im dziecko mniejsze, tym bardziej potrzebuje rodzicielskiej uwagi i czułości. Im wcześniej zatem pojawi się ktoś, kto pierworodnego syna lub córkę strąci z jego uprzywilejowanej, jedynaczej pozycji, tym silniej ono frustrację swoich potrzeb przeżyje. Stanie się tak, nawet jeśli pierwsze dziecko będzie za małe, by ową detronizację połączyć z pojawieniem się nowego członka w rodzinie. To nie oznacza oczywiście, że rodzina, w której dzieci pojawiają się “rok po roku” skazana jest na rodzicielską porażkę. Istnieje bowiem kolejny czynnik, który determinuje kształt relacji między rodzeństwem. Jest nim wsparcie, na jakie liczyć może rodzina, w której pojawia się kolejne dziecko. Mała różnica wieku i niewielki lub nawet zupełny brak wsparcia ze strony babć, cioć i “cioć” to przepis na logistyczną, ale i psychologiczną katastrofę. Dzieci w takiej rodzinie mogą być – w efekcie przemęczenia rodziców – zostawione same sobie. A to na pewno nie ułatwi im budowania dobrych relacji między sobą. W tych rodzinach jednak, gdzie funkcjonuje sprawny system pomocy, wymieniania się opieką, odciążania najbardziej przemęczonych członków rodziny – tam nawet przy minimalnej różnicy wieku, możliwe są dobre relacje między rodzicami i dziećmi, a w efekcie między tymi ostatnimi.


Zatem na dwoje babka wróżyła... ;) 

Według dr Laurie Kramer z Uniwersytetu Illinois zajmującej się relacjami między rodzeństwem, najlepszym czynnikiem prognozującym to, czy relacje naszego dziecka z jego rodzeństwem będą udane jest jakość kontaktów naszego pierworodnego syna lub córki z jego/jej najlepszym przyjacielem. I – uwaga! – chodzi tu o kontakty z czasów PRZED narodzinami rodzeństwa. Dzieci, które potrafią się bawić ze swoim  przyjacielem na zasadzie równości i wzajemności, przeniosą to później na swoje relacje z bratem lub siostrą. I odwrotnie  - te z nich, które nie dogadują się z rówieśnikami lub boją się ich– mogą mieć później problem z zaprzyjaźnieniem się ze swoim rodzeństwem. Latami zakładało się, że to bracia i siostry uczą nas interakcji społecznych, są swoistym laboratorium społecznym. Jeśli jednak wierzyć naukowym doniesieniom dr Kramer - jest zatem zupełnie odwrotnie!


Czego zatem uczymy się od swojego rodzeństwa?

Rodzice dają poczucie bezpieczeństwa, rodzeństwo zaś uczy nas rozwiązywania konfliktów. To w oparciu o kontakty z rodzeństwem definiuje się nasz przyszły wzorzec reagowania w sytuacji konfliktowej – współpracy, wrogości lub unikania. Kontakty z rodzeństwem stoją zatem u zarania stylu, w jakim komunikujemy się później jako dorośli ludzie – stylu asertywnego, biernego lub agresywnego. 

To ciekawe. Moi bracia regularnie darli koty, ja chyba częściej się wycofywałam...

Badania pokazują, że wśród rodzeństwa w wieku 3-7 lat dochodzi do spięcia statystycznie 3,5 raza na godzinę! Średnio 10 minut z każdej godziny zajmuje kłótnia. A tylko jeden konflikt na osiem kończy się kompromisem. Napięcia są zatem częścią życia każdej rodziny. Unikanie ich za wszelką cenę nie jest ani możliwe, ani wskazane. Według dr Kramer ważne jest jedynie, by obok tych negatywnych momentów, pojawiały się również i te pozytywne. I by bilans – koniec końców – był dodatni. Bo ten dodatni bilans to zapowiedź pozytywnej relacji między rodzeństwem w dorosłym życiu. Ważne jest zatem zapewnianie rodzeństwu okazji do pokojowego bycia razem.  W tej roli sprawdzają się wspólne gry tematyczne, jak i planszówki, ale nie te nastawione na rywalizację, lecz na współpracę. Nie łudźcie się, że uda wam się sprowadzić liczbę konfliktów między swoimi dziećmi do zera. Możecie jednak pomóc im zapoczątkować dobry i silny związek, który przetrwa całe życie. 


Jesteśmy na poligonie. Młodsze dziecko chce zabawki starszego, starsze broni swojego jak lew. Dochodzi do przepychanek, agresji (nie tylko słownej) - jak reagować? Reagować? Chciałabym, żeby Ewka umiała się podzielić, ale nie mam zamiaru karmić ją tekstami, że jest starsza i powinna (ble!) ustąpić.

Oczywiście, że reagować. Ale nie od razu i nie w naszych – rodzicielskich - nerwach. Umówmy się zatem sami ze sobą, że zanim wtargniemy wściekli między wojujące rodzeństwo, zrobimy wszystko, by odzyskać emocjonalną  przytomność. Zanucimy uspokajającą piosenkę, wypijemy powoli kilka łyków wody, odetchniemy głęboko lub powtórzymy kilka razy jak mantrę – “to są tylko emocje, emocje nie są mną, mają swój początek i koniec i nie będą trwały wiecznie”. Ukojenie emocji pozwoli nam spojrzeć na konflikt między dziećmi uważniej i z większym zrozumieniem. Pamiętajmy, że za każdą negatywną emocją naszego dziecka stoi jakaś niezaspokojona potrzeba. Jeśli zatem relacje między rodzeństwem przyjmują zbyt gwałtowny obrót, nie traktujmy tego jako przejawu ich niesubordynacji. Uznajmy to za komunikat w naszą stronę o tym, czego im w rodzinnych relacjach brakuje.  
Tym, co może się okazać użyteczne w reagowaniu na konflikt jest również rozróżnienie dwóch trybów funkcjonowania dziecięcego (i nie tylko) mózgu. Tryb reaktywny pojawia się wtedy, gdy gotujemy się do walki lub ucieczki, jest on pozostałością po czasach, gdy uciekaliśmy przed drapieżnikami lub walczyliśmy o swoje terytorium. W stanie tym jesteśmy skupieni przede wszystkim na samoobronie, pełni rezerwy, niezdolni do wejścia w konstruktywną relację z drugim człowiekiem. Kiedy zaś nasz mózg pracuje w trybie receptywnym, rozluźniamy się, słuchamy innych, reagujemy empatycznie, budujemy kontakt z drugim człowiekiem. Nie sposób skłonić nikogo do zawarcia pokoju, gdy jego mózg funkcjonuje w stanie reaktywnym. Jeszcze trudniejsze jest nakłonienie dzieci do zgody, gdy rodzic, którym im to nakazuje sam znajduje się w stanie walki lub ucieczki. Tym zatem, na czym powinno nam zależeć jest przekierowanie trybu reaktywnego na receptywny. Dokonać tego możemy poprzez uznanie (a nie negowanie) uczuć targających naszymi dziećmi, słuchanie ich, opisywanie, co się z nimi dzieje bez oceniania i wyśmiewania, zaangażowanie ich w proces generowania rozwiązań konfliktu. 


Lata lecą, może nasze dzieci już nie leją się o gumową kaczkę czy miejsce na kanapie. Może już chodzą do szkoły i całkiem możliwe, że jedno z nich osiąga jakieś sukcesy (w nauce, sporcie, jakiekolwiek), a drugie nie. Jak celebrować, żeby nie karmić żółtego potwora zazdrości? Bo potrafię sobie wyobrazić, że taki się pojawi. A może znowu to moja nadinterpretacja?

Ważne, by nagradzać za zachowania, a nie cechy. Zamiast mówić “Ty jesteś taki odpowiedzialny, a Kazik zupełnie nie”, pochwalmy nasze dziecko za dokonania - “Podobało mi się to, że uwzględniłeś w swojej pracy domowej również…”, “Cieszę się, że nie muszę ci przypominać o sprawdzianach”. Gdy przekierujemy naszą uwagę z cech i etykiet na dokonania i zachowania, okaże się zapewne, że każde z naszych dzieci ma czym się pochwalić i problem “nadchwalenia” zniknie.


Przy tym skupianiu się, żeby było po równo, ciągłym analizowaniu, jak postąpić i co powiedzieć, chyba łatwo stracić okazję tak naprawdę na poznanie dziecka... Jak nie stracić z oczu tego, że każde dziecko osobno zasługuje na naszą uwagę? Czy planowanie przez rodziców dnia tylko z córką czy tylko z synem ma sens? Bo tak sobie myślałam, że jak już pojawi się Wojtek, chciałabym mieć z Ewą babski dzień... Nie że co tydzień, nie że zapisywany w kalendarzu, ale pamiętać o tym - nie traktować jej jak elementu pakietu... To samo zagadnienie dotyczy dnia z synem, rzecz jasna. Tu sztuczna sytuacja czy całkiem niezły pomysł? 

Spotkania sam na sam są potrzebne i dziecku, i rodzicowi. By wyjść na chwilę z roli, w którą nas pozostali członkowie rodziny wtłaczają, nauczyć się siebie na nowo. Nie zapominajmy jednak również o spotkaniach/randkach z naszym ukochanym/ukochaną. Bo od tego chyba trzeba było zacząć ten wywiad, że kluczowe dla dobrostanu naszych dzieci są relacje między nami – rodzicami. 


Cykl Kawka z psychologiem powstaje we współpracy 
Część I rozmowy o rodzeństwie znajdziecie TU KLIK.